KOMPROMIS

Pięć lat temu wybory doprowadziły do bezkrwawej likwidacji komunizmu w Polsce. Dziś dla politycznej koniunktury zakłamuje się najnowszą historię, wielki sukces z 1989 roku bywa przedstawiany jako źródło obecnych kłopotów.

Ten spór towarzyszy wszystkim konfliktom naszej epoki: etnicznym, religijnym, społecznym. Tak dyskutowali angielscy i francuscy zwolennicy i przeciwnicy egzekucji monarchów. Tak dyskutowali hiszpańscy i argentyńscy przeciwnicy dyktatury. Tak się spierali czarni i biali przeciwnicy apartheidu. Tak argumentują izraelscy i palestyńscy obrońcy i krytycy rokowań pokojowych.

Zwolennikowi takiej drogi rozwiązywania konfliktów zawsze stawiane są podobne pytania i zarzuty. Jak można myśleć o układaniu się z wrogiem? Jak można szukać kompromisu z tym, kto powinien być ukarany za swe przestępcze czyny? I zwykle odpowiedzi bywają podobne: z wrogiem trzeba negocjować i szukać porozumienia właśnie dlatego, że jest on wrogiem. Z przyjaciółmi nie ma powodu negocjować.

Jakiż bowiem jest wybór? Albo łatwa do sprowokowania wojna, która trwać może permanentnie - albo też trudna i chwiejna droga ku pokojowi opartemu na kompromisie. Zaś kompromis zawsze pozostawia niedosyt.

By móc żyć w pokoju i wolności, trzeba zastąpić język i kulturę czasu wojny - językiem pokoju. Taką próbę podjęła Polska przed pięciu laty.

I

Podziemna „Solidarność” była podzielona. Było w niej skrzydło nieprzejednane i skrzydło gotowe do rozmów z komunistami na każdych warunkach. Moja postawa była sporem z oboma skrajnymi stanowiskami. Opowiadałem się za twardą opozycją na dziś, by uzyskać szansę na godziwy kompromis w dniu jutrzejszym. Podobne stanowisko zajmowali wtedy czołowi politycy „Solidarności”: Wałęsa i Bujak, Mazowiecki i Geremek, Kuroń i Frasyniuk. Także Jarosław i Lech Kaczyńscy.

Często słucham oskarżeń, że wybierając logikę kompromisu przeciw logice twardych rozliczeń, zdradziłem własną biografię. Zacznę tedy od siebie. W 1985 r., w gdańskim więzieniu, napisałem książeczkę „Takie czasy... rzecz o kompromisie”. Pisałem tam:

„>>Solidarność<< powinna odrzucić filozofię >>wszystko albo nic<<. Dotyczy to zarówno stosunku do ZSRR, jak i do polskich komunistów, stosunku do zmian cząstkowych, jak i do pluralizmu form uczestnictwa w życiu obywatelskim. Twierdzę bowiem uparcie, że jeśli parametry sytuacji międzynarodowej pozostaną nie zmienione, kompromis w Polsce - i demokratyczna reforma jako jego konsekwencja - to perspektywa tyleż realistyczna, co i jedyna. Dla komunistów może to być droga do uzyskania legitymizacji, dla nas zaś - droga do godziwego życia. (...)

Opowiadając się za kompromisem i przemianami ewolucyjnymi dopuszczamy możliwość (...) sytuacji, w której komuniści przystaną na - wsparty społecznym naciskiem - postulat autentycznych (choćby w części) wyborów do rad narodowych i do Sejmu. Uczynią tak nie ze względu na swą miłość do demokracji, lecz przez wyrachowanie - reforma będzie dla nich korzystniejsza od ciągnącej się w nieskończoność >>zimnej wojny domowej<<„.

Pisałem również: „Wyjściem mogłoby być rozwiązanie umożliwiające społeczeństwu autentyczny wybór do Sejmu choćby 30 procent spośród deputowanych. Jednak tych samych 30 procent wpisanych na jedną listę obok Siwaka i Urbana spowodować może tylko tyle, że osoby te utracą swój dotychczasowy autorytet”.

Przepraszam za cytowanie samego siebie. Wszelako dziś, gdy tylu znakomitych polityków i publicystów cierpi na amnezję albo też wymyśla sobie zupełnie nowe biografie - dobrze jest sięgnąć do dokumentu epoki.

Czasem język sporu ważniejszy jest od jego przedmiotu. W sporach o Okrągły Stół pojawia się uparcie zarzut złej woli, oszczerstwa, zdrady i manipulacji.

Dla krótkotrwałej politycznej koniunktury zakłamuje się najnowszą historię Polski. Insynuacja uniemożliwia dialog. Pozwala wytworzyć obraz zdrajcy i wroga, a nie polemisty i krytyka. To, co było wielkim i trudnym do przewidzenia sukcesem Polski - bezkrwawe wyjście z komunizmu na drodze negocjacji - przedstawiane bywa jako nieszczęście naszego kraju i źródło jego obecnych kłopotów.

Ta fałszywa historiografia rodzi fałszywą politykę.

II

Debacie o Okrągłym Stole towarzyszą dwa mity. Pierwszy, upowszechniany przez polityków i publicystów wywodzących się z PZPR, mówi o dobroczynnej funkcji przywódców partyjnych, którzy oddali władzę opozycji, gdy tylko okazało się to możliwe. Drugi mówi o spisku „czerwonych” z „różowymi”.

Tymczasem nie było dobrodziejstwa i nie było spisku. Strategicznym celem kierownictwa PZPR było uzyskanie w Polsce i za granicą nowej legitymizacji dla własnych rządów. Ceną miała być zgoda na jakąś formę legalizacji opozycji. Natomiast strategicznym celem opozycji solidarnościowej była legalizacja NSZZ „Solidarność” i uruchomienie demokratycznych przemian.

Po latach ostrych represji, w 1988 r. stało się jasne, że strategia stanu wojennego zawiodła. Dwie fale strajków (maj i sierpień '88) pokazały, że „S”, choć osłabiona, jest trwałym czynnikiem na polskiej scenie publicznej. Z „Solidarnością” trzeba było rozmawiać.

„Solidarność” była raczej środowiskiem niż związkiem zawodowym; raczej mitem niż zinstytucjonalizowanym ruchem politycznym. Siłą „Solidarności” był jej znak firmowy dobrze trafiający w zbiorową pamięć oraz jej lider Lech Wałęsa, laureat pokojowej Nagrody Nobla. Ale w zakładach pracy i w faktycznych strukturach podziemnych - „Solidarność” była słaba.

To prawda, na tle środowisk opozycyjnych czy dysydenckich w innych krajach realnego komunizmu, „Solidarność” była potężna. Jednak my wiedzieliśmy, że z wielomilionowego w 1981 r. związku został już tylko ślad dawnej mocy. Ten ruch miał wszakże potężne atuty: poparcie zachodniej opinii publicznej. „Solidarność” wspierał dyskretnie swym potężnym autorytetem papież Jan Paweł II. Wydatnego poparcia udzielali „S” niektórzy biskupi. I wreszcie ten ruch mógł liczyć na logikę zmian w Związku Radzieckim, na niewydolność systemu politycznego i gospodarki, na niechęć ekipy Jaruzelskiego do ponownego posłużenia się instrumentem stanu wojennego.

III

Po 13 grudnia 1981 r. władza komunistyczna próbowała realizować scenariusz Kadarowski: stabilizacja poprzez pacyfikację, modernizacja poprzez ograniczone reformy wewnątrzsystemowe. Strategia „Solidarności” podziemnej była prosta: przetrwać represje i doczekać nowej koniunktury. Nowa koniunktura nadeszła wraz z Gorbaczowem. Zmiany w ZSRR wytworzyły nową sytuację, w której Okrągły Stół stał się możliwy.

Kompromis jest zwykle rezultatem względnej słabości obu partnerów. Rolę decydującą odegrała gotowość ekip - Jaruzelskiego i Lecha Wałęsy - do rozmawiania. Tylko każdy z nich inaczej rozumiał sens i cel tych rozmów.

Wojciech Jaruzelski nie skrywał swoich intencji. Już 1 września 1988 r., gdy zakończyła się druga fala strajków, mówił na posiedzeniu sekretariatu KC PZPR:

„Nie ma przegranych ani zwycięzców. (...) Nie cofnęliśmy się, ponowiliśmy teraz ofertę zgłoszoną w Sejmie 28 października 1981 r. (dotyczącą utworzenia Rady Porozumienia Narodowego), którą wtedy brutalnie odrzucono. (...) Wówczas >>Solidarność<< przepuściła szansę i została na pustym peronie. Dziś mówimy - nie ma miejsca dla >>Solidarności<<, która raz jeszcze potwierdziła, że jest partią strajków, partią burzycieli. Ale jest miejsce dla ludzi b. S<<, którzy chcą konstruktywnie współdziałać”.

Konsekwentnym składnikiem tej polityki było wytworzenie podziału na „dobrych” i „złych” ludzi z „Solidarności”.

Na początku października 1988 r. na posiedzeniu sekretariatu KC PZPR generał Kiszczak mówił: „Bez przerwy wspólnie z towarzyszem Cioskiem przestrzegaliśmy Wałęsę, by do rozmów z Okrągłym Stołem angażować ludzi dialogu - jeśli (...) Okrągły Stół ma się nie zakończyć fiaskiem. Stawialiśmy przed Wałęsą i jego kolegami jasno, że wykluczyć trzeba z rozmów wojowniczych jastrzębi i awanturników politycznych. (...) Wydaje mi się, że w żadnym przypadku nie możemy zgodzić się na udział w rozmowach Michników, Kuroniów i im podobnych”.

Jednak nawet takie stanowisko natrafiało na opór w gremiach kierowniczych PZPR. Przeciwnik jest zręczny - ostrzegali pryncypialni towarzysze - bezwzględnie dąży do odtworzenia struktur „Solidarności”; uzyskuje przewagę propagandową. Zamiast dzielić się, konsoliduje swoją siłę. Skupia wszystkie odłamy opozycji, co zaciera i dezawuuje naszą tezę o opozycji konstruktywnej i destruktywnej. A przecież są tam ludzie, „którzy działają z dyspozycji, z impulsów ośrodków zagranicznych, którzy pobierają pieniądze” - twierdził Kiszczak.

Mieczysław F. Rakowski, ówczesny premier, mówił: „Dzisiaj nie możemy zgodzić się na reaktywowanie >>Solidarności<< (...). A wszystkie inne nasze propozycje (...) nie zostaną przyjęte przez >>Solidarność<< czy też przedstawicieli >>Solidarności<<. Zatem trzeba sobie postawić pytanie - co dalej? Otóż według mnie, jeśli my się nie zgodzimy na reaktywowanie >>Solidarności<<, czeka nas konfrontacja polityczna na dużą skalę. (...) I w związku z tym należałoby teraz także, oczywiście w ścisłej tajemnicy, przygotowywać się na taką konfrontację”.

Z powyższych wypowiedzi wyłania się klarowny obraz: kierownictwo PZPR - mimo wewnętrznych różnic - nie chciało zalegalizować „Solidarności”, lecz ją wewnętrznie rozbić, a ludzi „Solidarności” wpisać w istniejące struktury. Temu służyły również ataki na wyselekcjonowanych działaczy opozycji demokratycznej i kategoryczny sprzeciw wobec ich udziału w obradach Okrągłego Stołu.

IV

Po spotkaniu Lecha Wałęsy z gen. Kiszczakiem 1 września 1988 r. w kręgach „Solidarności” pojawił się niepokój. Z jednej strony dostrzegaliśmy w tym przełom: Lech Wałęsa przestał być „prywatną osobą”, konsekwentnie bojkotowaną przez świat władzy. Z drugiej jednak strony wyczuwaliśmy w taktyce władz jakiś podstęp. Mętne i niejasne stanowisko w sprawie legalizacji „Solidarności”, warunki wstępne, które faktycznie blokowały drogę do rozmów - wszystko to wzbudzało nieufność.

Toczyliśmy wtedy nie kończące się rozmowy. Podczas jednej z nich usłyszałem wprost: „Chcesz negocjować z komunistami? Przed tobą próbował już tego gen. Okulicki i inni przywódcy Polski podziemnej”.

Kłóciliśmy się okropnie. Pamiętam kolegę, który tłumaczył, że to nie władza będzie legalizować „Solidarność”, lecz to „Solidarność” zalegalizuje władzę komunistyczną. Pamiętam długą rozmowę z koleżanką, która działała w świecie podziemnej kultury niezależnej: dla niej Okrągły Stół był zdradą ideałów, kapitulacją przed cenzurą, rezygnacją z prawdziwej niezależności.

Nie zgadzałem się z tym punktem widzenia, ale rozumiałem motywy moich przyjaciół. Ten kompromis mógł się zakończyć kompromitacją. Wymagał również jakiegoś gwałtu na samym sobie, na własnej emocji i pamięci. Pamiętam, z jakim trudem przychodziło mi przełamywanie wewnętrznych oporów i lęków; ile wysiłku wkładałem, by zacząć rozumieć racje naszych wczorajszych wrogów, którzy teraz mieli się stać adwersarzami i partnerami.

Od początku września 1988 r. stawialiśmy sprawę jasno: warunkiem koniecznym kompromisu jest legalizacja „Solidarności”. Wałęsa znakomicie wyczuwał wtedy, jak daleko możemy się posunąć. Nie godził się na żadne ustępstwa personalne. Powtarzał uparcie swoją deklarację: najpierw „Solidarność”. Miał niekwestionowany autorytet w kręgach opozycyjnych. Jego twarda postawa wymusiła na władzach PZPR ustępstwa.

Przedtem jednak przez wiele tygodni trwała wojna nerwów. Pojawiły się lekceważące wypowiedzi premiera Rakowskiego o Okrągłym Stole i decyzja o likwidacji Stoczni Gdańskiej. Usłyszeliśmy prowokujące słowa gen. Jaruzelskiego wypowiedziane w Ursusie pod adresem przywódców „Solidarności”. Obserwowaliśmy zabiegi, by wciągnąć ludzi opozycji do rządu w taki sposób, aby podzielić się odpowiedzialnością bez dzielenia się realną władzą.

Z obficie tu cytowanych dokumentów KC PZPR („Tajne dokumenty Biura Politycznego i Sekretariatu KC. Ostatni rok władzy 1988-89”, „Aneks”, Londyn 1994) wynika, że do przełomu w stanowisku kierowniczych gremiów doszło w grudniu 1988 r. 24 listopada rozmontowano już okrągły stół, przy którym miały toczyć się obrady.

Ale 30 listopada odbyła się debata telewizyjna Wałęsy z Miodowiczem. To był wstrząs dla opinii publicznej. Bronisław Geremek w swym pasjonującym dialogu z Jackiem Żakowskim („Rok 1989”, Plejada, Warszawa 1990) odnotował: „Dopiero wtedy nastąpił prawdziwy przełom w stanowisku społeczeństwa wobec kwestii legalizacji >>Solidarności<<. Całe wieloletnie straszenie ekstremizmem i anarchią diabli wzięli. Bo czemuż nie zarejestrować związku, którego przywódca mówi tak przekonywająco, spokojnie, z takim poczuciem odpowiedzialności”.

W grudniu '88 premier Rakowski sformułował publicznie swoje pytania do aktywu partyjnego w sprawie legalizacji „Solidarności”. W dokumencie przygotowanym w końcu grudnia 1988 r. przez międzywydziałowy zespół prognoz dla Biura Politycznego KC PZPR pisano:

„Nie ma takich przesłanek, aby sądzić, że sprawa >>Solidarności<< rozejdzie się po kościach. (...) >>Solidarność<< jest faktem, istnieje mimo naszych restrykcji. Nie ma też przesłanek, aby przy pomocy środków restrykcyjnych zlikwidować to zjawisko w przyszłości. Jeśli tak - czy zatem nie podjąć dyskusji nad legalnym istnieniem >>Solidarności<<. (...) Nasze dotychczasowe stanowisko nastawione jest faktycznie na storpedowanie Okrągłego Stołu. (...) Okrągły Stół bowiem - tak czy inaczej - musi w jakiejś formie doprowadzić do legalizacji Solidarności<<. (...) Legalizacja >>Solidarności<< jest dla nas ryzykiem. Ale jeśli jej nie zalegalizujemy, czy ktoś gwarantuje jej zniknięcie? (...) Albo >>Solidarność<< ujmiemy w normy prawne, albo pozostawimy ją jako siłę pozaprawną, lecz realną, nie skrępowaną zatem wymogami prawa”.

Było to stanowisko sprzeczne z całą linią PZPR. Nic przeto dziwnego, że podczas grudniowego plenum KC nastąpił zmasowany atak działaczy partyjnych na kierownictwo. Aktyw nie chciał legalizacji znienawidzonej „Solidarności”.

W tych okolicznościach zostało zwołane 17 stycznia nadzwyczajne posiedzenie Biura Politycznego. W protokole czytamy: „I sekretarz KC tow. Jaruzelski stwierdził (...) wyraźny atak na kierownictwo (...), wyraźne sygnały, że aktyw nie ma zaufania do kierownictwa, że tworzymy bardzo niebezpieczną sytuację kryzysową. (...) Albo członkowie KC obdarzą obecne kierownictwo zaufaniem, albo to kierownictwo poda się do dymisji, a jeśli takie zaufanie będzie, to mamy prawo wymagać realizacji podjętych uchwał.

Stwierdził, w upoważnieniu z tow. Rakowskim, Siwickim, Kiszczakiem, że w przypadku nieuzyskania takiego wotum zaufania ci towarzysze oddają się do dyspozycji”.

W tych dramatycznych okolicznościach plenum KC PZPR uchwaliło wotum zaufania dla polityki swego I sekretarza. Droga do legalizacji „Solidarności” była otwarta.

V

Za tę legalizację trzeba było wszakże zapłacić wysoką cenę. Nasz udział w wyborach do Sejmu miał być legitymizacją systemu. Przywódcy PZPR chcieli wszystko zmienić tak, by wszystko pozostało po staremu. Kontraktowe wybory do Sejmu miały temu służyć. Tę cenę godziliśmy się zapłacić - w zamian za „Solidarność”.

Dobrze pamiętam inaugurację Okrągłego Stołu. Bronisław Geremek zmusił mnie do włożenia garnituru i krawata. Skrępowany i wściekły, wysłuchując złośliwych docinków Wałęsy, powędrowałem z innymi do Pałacu Namiestnikowskiego. Wchodziło się do sali obrad po schodach, u których szczytu gości witali gen. Kiszczak i Stanisław Ciosek. Próbowałem skryć się, by uniknąć powitania z gen. Kiszczakiem w blasku kamer. Gen. Kiszczak pozostał jednak przy tych schodach aż do ostatniego gościa. I w ten sposób w blasku kamer uścisnąłem dłoń szefa policji politycznej. Gen. Kiszczak zresztą zachował się z dużą klasą i łatwo przeszedł do porządku dziennego nad mymi dawnymi zniewagami.

Miałem jednak poczucie dziwaczności własnej sytuacji. Zaledwie dwa i pół roku wcześniej wyszedłem z więzienia. Obok mnie stali koledzy z podziemia i więzienia - Jacek Kuroń, [Zbigniew] Bujak, [Władysław] Frasyniuk...

Miałem świadomość, że dokonuje się jakieś historyczne przesilenie, którego jednak nie umiałem do końca zdefiniować. Jedno rozumiałem: opozycja demokratyczna przekraczała próg legalności. Z Pałacu Namiestnikowskiego droga mogła tylko prowadzić albo do więzienia na Rakowieckiej, albo do końca systemu totalitarnego. Podczas negocjacji wszędzie węszyłem pułapkę i podstęp. A jednak, krok po kroku, dostrzegałem narodziny historycznej szansy dla Polski.

Pułapką miały być wybory do Sejmu, bo wiadomo było, że posłowie z „Solidarności” będą w mniejszości. Dlatego działacze „Solidarności” odnosili się najpierw do tych wyborów bardzo sceptycznie. Pamiętam dramatyczne obrady Komisji Krajowej w Gdańsku, gdzie wspólnie z Jackiem Kuroniem przekonywaliśmy kolegów, że Polska stoi w obliczu wielkiej szansy. Natrafialiśmy wszakże na twardy opór nawet ze strony bliskich przyjaciół. I do dziś nie wiem, czym by się to wszystko skończyło, gdyby Bronisław Geremek nie rzucił na szalę całego swego autorytetu. Komisja Krajowa „S” zdecydowała się zaangażować w akcję wyborczą.

Sprawą sporną była ordynacja wyborcza. Pamiętam ostry konflikt o zasadę konkurencyjności na 35 procent mandatów, które miały nam przypaść w kontrakcie. Tej zasady wspólnie z [Jacek Kurońiem] broniliśmy w sposób bezkompromisowy. Jarosław Kaczyński proponował wtedy rodzaj układu z komunistami: obie strony zgłosiłyby swoje listy zgodnie z proporcjami kontraktu, a społeczeństwo akceptowałoby je metodą plebiscytarną. Dla nas takie rozwiązanie było nie do przyjęcia. Oznaczało rezygnację z procedur demokratycznych tam, gdzie te procedury były możliwe.

Odtwarzając to dzisiaj widzę, jak krok po kroku rozmontowywaliśmy system komunistyczny. Nasi adwersarze sądzili, że zmodernizują system poprzez reformę. My wierzyliśmy, że uczestniczymy w procesie pokojowej destrukcji.

Podziemna „Solidarność” nie była normalną strukturą demokratyczną, bo być taką nie mogła. Głos decydujący miał zawsze Lech Wałęsa. Ale „Solidarność” miała demokratyzm głęboko zakorzeniony w swojej kulturze. Natychmiast przeto zaczęły się spory: kto ma wyłaniać kandydatów do Sejmu i Senatu? Wszystko, co powiedziano o antydemokratycznym trybie wyłaniania kandydatów do negocjacji przy Okrągłym Stole i do parlamentu, było słuszne.

A jednak - myślę - nie mogło być inaczej. Szansą „Solidarności” był jej mit i mit Wałęsy. „Solidarność” była słaba, paręnaście tysięcy ludzi w całym kraju. Żadne procedury demokratyczne nie były wtedy możliwe, trzeba było działać prędko, by stworzyć wiarygodną drużynę, która mogła zwyciężyć. Udawaliśmy większą siłę, niż stanowiliśmy ją w istocie. Trzeba było postawić na to, że ta siła wzrośnie w trakcie kampanii wyborczej; że mit zinstytucjonalizuje się. Na to postawiliśmy - i mieliśmy rację.

VI

Magdalenka była miejscem, gdzie w wąskim składzie roztrząsano sprawy najbardziej konfliktowe. W okresie Okrągłego Stołu uczestniczyłem we wszystkich posiedzeniach negocjacyjnych. Wczorajsi zapiekli wrogowie dokonywali tam wysiłku, by odnaleźć jakiś wspólny język. Dla wszystkich, gen. Kiszczaka nie wyłączając, było jasne, że grzebią stary świat. I dla wszystkich było jasne, że w nowym, nieznanym świecie przyjdzie im żyć wspólnie: wczorajszym więźniom i wczorajszym naczelnikom więzień.

Później ukuto mit, że w Magdalence zawarto jakieś tajne porozumienie. Nie jest to prawda, o czym mogliby zaświadczyć, gdyby zechcieli, zarówno Lech Wałęsa, jak i Lech Kaczyński, którzy w tych posiedzeniach uczestniczyli. W Magdalence szukano kompromisu w kwestiach najbardziej zapalnych: związki zawodowe w zakładach pracujących dla wojska, problemy górnictwa, Senat i prezydent.

Nikt nie układał się tajnie z liderami PZPR. Ale dla wszystkich było oczywiste, że oto kończy się polska zimna wojna domowa, że wspólnie otwieramy logikę pokoju. Nikt nie myślał wtedy o rozliczeniach innych niż moralno-polityczne.

W okresie kampanii wyborczej wszyscy znacznie zaostrzyli ton, co było zresztą zrozumiałe. Walczyliśmy przecież o sukces w wyborach. W tej kampanii zaskoczeniem było dla mnie stanowisko prymasa Polski, który dość demonstracyjnie wsparł niektórych rywali „Solidarności”, występujących pod sztandarem chrześcijańskiej demokracji. Zaskoczeniem była też dla mnie postawa biskupa radomskiego, który popierał rywala Jana Józefa Lipskiego. Nie rozumiałem tych gestów. Czemu prymas Polski nie chciał obecności Kuronia czy Lipskiego w Sejmie bądź w Senacie? Czemu angażował autorytet swój i Kościoła katolickiego w wątpliwy politycznie konflikt? Wyborcy głosowali wtedy jak w plebiscycie - przeciw systemowi komunistycznemu. Najlepsi spoza naszych list nie mieli żadnych szans w konfrontacji z ludźmi „Solidarności”. Zwycięstwo opozycji demokratycznej było miażdżące. Przeraziło nas samych swoim rozmiarem. Ale system komunistyczny został odrzucony przez naród.

VII

A przecież jeszcze niedługo wcześniej prymas Polski kardynał Józef Glemp uznał „rozdział Solidarności za zamknięty”. A przecież jeszcze niedługo wcześniej wielu rozumnych ludzi widziało w działaczach „Solidarności” rycerzy sprawy anachronicznej i przegranej. A przecież...

To prawda - byliśmy mniejszością. Większość Polaków nie konspirowała i nie protestowała. Wyrażaliśmy jednak polskie aspiracje do wolności - i to zadecydowało.

Przy Okrągłym Stole starałem się negocjować twardo i realistycznie. Nie spierałem się o słowa, lecz o rozwiązania instytucjonalne. Nic mnie nie obchodził spór o socjalizm. Interesowały mnie zmiany funkcjonowania [cenzura], ordynacja wyborcza, kompetencje prezydenta. Mówiłem uparcie o drodze „hiszpańskiej” - o pojednaniu w imię przyszłości. Płaszczyzną tego pojednania miał być porządek demokratyczny. Czy znaczy to, że wyrzekłem się zasad? Albo też, czy wyrzekli się zasad nasi adwersarze?

VIII

Takie pytania musiał stawiać sobie zwolennik hiszpańskiej drogi do demokracji, zarówno eks-frankista, jak i eks-republikanin. A także czarny i biały zwolennik Mandeli i de Klerka; a także izraelski i palestyński zwolennik polityki Rabina i Arafata. Każdy z nich widział w swym adwersarzu dyktatora bądź wywrotowca, oprawcę bądź terrorystę. Zawsze jednak kogoś, kto winien być ukarany za swe czyny. I każdy zastanawiał się nad ceną, którą musi płacić za wolność i pokój.

Pytanie o wolność zawsze jest pierwotne. Dopiero później przychodzi pytanie o sprawiedliwość. Ludzie, którzy trwali przez dziesięciolecia w śmiertelnym konflikcie, muszą jakoś ucywilizować wzajemne stosunki. Ale zawsze po obu stronach pada pytanie: czy możliwe jest przebaczenie, jeśli adwersarz nie dokonał wyznania winy i rachunku własnych grzechów?

Pisał wszak poeta: „Nie w twojej mocy jest przebaczyć w imieniu tych, których stracono o świcie”. Często myślałem o tych słowach w czasie stanu wojennego. Pamiętam własną irytację, gdy wysłuchałem słów kapłana wypowiedzianych nad świeżą mogiłą: „Przebaczamy mordercom księdza Jerzego”. A mimo to nie sądzę, by można było przypisać tym słowom intencję zacierania granicy pomiędzy dobrem i złem: zło zostało nazwane.

Dlatego upieram się przy rozróżnieniu pomiędzy amnestią i amnezją. Nie chcę zapominać, ale chcę przebaczyć. By móc to uczynić, muszę podjąć wysiłek rozumienia biografii mego wczorajszego wroga. Taka próba zrozumienia często burzy porządek wewnętrzny. Jeszcze wczoraj wszystko było dla mnie jasne. „Oni” byli najeźdźcami i oprawcami, my byliśmy obrońcami wartości. Dziś obraz świata mąci się i zaciemnia. Wśród tamtych, wczorajszych wrogów odkrywam ludzi dobrej woli, którzy po swojemu chcieli służyć państwu; wśród swoich odkrywam sfanatyzowanych łajdaków, którzy wykładają piękne slogany o sprawiedliwości i prawdzie, a oczy im się świecą do władzy i zemsty.

Staję wobec pytania o odpowiedzialność za to, co było. Czy tylko tamci są odpowiedzialni za minione zło? A moja własna odpowiedzialność? Czy przeprowadziłem rozrachunek z własnym konformizmem, z własnymi pomyłkami? Czy eksponując pamięć własnych krzywd i piętnując innych, nie uciekam przed takim rozrachunkiem?

Najtrudniej jest przekroczyć horyzont własnej krzywdy, rozumieć adwersarza, umieć mu przebaczyć i szukać z nim pojednania. Czy rozumienie i przebaczenie oznacza wybór relatywizmu moralnego? Czy biały Afrykaner, który stara się rozumieć racje czarnych wrogów apartheidu sięgających po przemoc, wybiera relatywizm? Czy czarny bojownik z afrykańskiego Kongresu, deklarując publicznie szacunek dla de Klerka, zaciera granicę między dobrem i złem?

Jedno jest bezsporne. Osądzając tych, którzy wybrali kompromis pokoju przeciw bezkompromisowej wojnie, warto pamiętać, jak wielkiej pracy nad sobą musiał dokonać każdy z nich. Co musiał przeżyć biały polityk z rodziny afrykanerskiej, który przez dziesięciolecia wierzył, że apartheid jest systemem rozumnym i sprawiedliwym, a teraz zrywał całkowicie ze sposobem myślenia swego otoczenia? Jaką drogę musiał przebyć Wojciech Jaruzelski od 13 grudnia 1981 r. do Okrągłego Stołu? Albo Gorbaczow, gdy zatelefonował z Kremla do zesłanego Andrieja Sacharowa?

Dla historyków trudnym zadaniem będzie sprawiedliwy osąd takich ludzi. Nikt wszakże nie odmówi im historycznego wymiaru: swymi decyzjami odmienili los swych narodów. Pojednanie z takimi ludźmi uważam za etycznie dopuszczalne i po ludzku zrozumiałe.

IX

Rozumiem opór tych, którzy przebaczyć nie potrafią, a pojednania nie chcą. Rozumiem ich, bowiem są równie ludzcy w swoim postępowaniu, jak ich polemiści. Może nawet bardziej ludzcy? Nikomu nie można nakazać przebaczenia i pojednania. Wolno jednak wskazać na pewną pułapkę, którą kryć może postawa bezkompromisowa. Jeśli bowiem zwolennikom kompromisu zarzucić można zacieranie granicy pomiędzy dobrem i złem, to zwolenników bezkompromisowych rozliczeń wypada przestrzec przed manichejskim obrazem świata. Przypisując swym wrogom rolę historycznych nosicieli zła, diabolizując ich przez odmowę prawa do uczciwych motywów i dobrej woli, nie mogę się z nimi układać - muszę ich unicestwić. Wypowiadam mu świętą wojnę. Albo ogłaszam, że „nie ma wolności dla wrogów wolności” i wyprowadzam na plac gilotyny.

Manicheizm zawsze rodzi fanatyzm, który przedkłada porządek sprawiedliwości i kary nad porządek pokoju i pojednania. Po manicheizm sięgają zawsze politycy, którzy chcą posłużyć się frustracją rozczarowanych. Doskonale wiedzą, że żadna zmiana - rewolucyjna czy pokojowa - nie zaspokaja oczekiwań i nadziei, które rozbudziła. Zawsze znajdują się ludzie, którzy źródeł swej biedy i krzywdy szukają w nie dokończonym procesie rozliczenia ludzi dawnego reżimu.

Na tym polega paradoksalny los reformatorów i opozycjonistów szukających kompromisu: dzięki nim narody wychodzą bezkrwawo z dyktatury, ale to oni płacą rachunki wystawiane przez ekstremistów.

X

Reformator jest tym, który zmienia ład dyktatury na porządek państwa wspólnego. Bywa naiwny, gdy wierzy w reformowalność systemu czy szansę modernizacji. Ale ta naiwność pozwala mu podjąć ryzyko zmian. Reformator nieuchronnie będzie oskarżony przez swoich, że zniszczył system. Ale też przez przeciwników - że był tego systemu cząstką.

Szukający kompromisu opozycjonista jest partnerem reformatora. Chce wolności i demokracji, ale boi się odwetu i wojny domowej. Szuka przeto formuł kompromisowych, możliwych do zaaprobowania przez ludzi dawnego reżimu. Naraża go to na permanentny atak ze strony wczorajszych kolegów: czemu staje w obronie wczorajszych oprawców? Musi iść przeciw sentymentom własnym i własnego środowiska; musi kwestionować wczorajsze dogmaty; musi znosić oskarżenia o zdradę. Ale wie, że inne rozwiązanie prowadzić może do wyniszczającego konfliktu. Arafat czy Mandela, Rabin czy de Klerk, mają istotne powody, by nie cierpieć swych adwersarzy. Ale mają też rozum i poczucie odpowiedzialności.

XI

Wiosną '89 przywódcy PZPR nie myśleli o oddaniu władzy. Nie myśleli o tym również po wyborach. Na propozycję przekazania stanowiska premiera politykowi z opozycji demokratycznej odpowiadali alergicznie. Także niemal wszyscy politycy z „Solidarności” nie brali pod uwagę przejęcia władzy.

A przecież, wbrew jednym i drugim, został już uruchomiony proces demokratyczny, którego logika wymusiła zmianę władzy.

Tę logikę zrodziła swobodna decyzja wyborców możliwa dzięki kompromisowi Okrągłego Stołu.

Źródło:
Adam Michnik, Ani spisek, ani dobroć władzy, Gazeta Wyborcza nr 128 z dnia 4-5 czerwca 1994, s. 8.