MAGDALENKA WIECZNIE ŻYWA

Obecnie można już na empirii a nie tylko na przekonaniu oprzeć stwierdzenie szalenie istotne: z komunizmu me można wywikłać się na drodze tzw. ewolucyjnej. Nie można wywikłać się przez bardzo, bardzo długi okres jednego pokolenia? dwu?

By kraj z komunizmu rzeczywiście wydostać trzeba odnieść nad nim zwycięstwo. Tzw. kompromis, polegający na dogadaniu się i umowie z komunistami, nie jest zwycięstwem. Można nawet zasadnie argumentować, iż stanowi zwycięstwa przeciwieństwo. Jak wiadomo, u nas, z komunistami się dogadano. Pozwoliło to ustalić, że teza głosząca szkodliwość jakichkolwiek kompromisów z systemem komunistycznym zachowała prawdziwość do końca.

Ostatecznie mówimy o systemie nie tylko najbardziej zbrodniczym ale i najbardziej zakłamanym w dziejach nowoczesnego świata, a także o systemie najbardziej nonsensownie zbudowanym w odniesieniu do natury ludzkiej.

Tutejsze upostaciowanie tego systemu – „PRL” oparte było ponadto na fakcie zajęcia Polski przez wojska sowieckie, czyli zrodziło się z obcej okupacji a nie tylko ze zbrodni i kłamstwa. Przyjęcie zasady „ewolucyjności” oznaczało kompromis w obu tych kwestiach czyli mniejsze lub większe przejście nad nimi do porządku. Dogadanie się z komunistami było uznaniem PRL-owskiej legalności, podżyrowaniem jej kontynuacji, uniemożliwiło ustanowienie początku wolnej Rzeczypospolitej. Oznaczało uznanie panowania komunistów nad Polską za fakt prawomocny, a komunizmu za system normalny.

Kiedy dziś niektórzy ubolewają, że nie mieliśmy Sierpnia 1920, że nie było odpowiedniej cezury to zapominają, że to elita „okrągłostołowa” zrezygnowała ze zwycięstwa, wyrzekła się go. Wyrzekła się także, w imieniu wszystkich Polaków, korzystania z owoców jednoznacznego odrzucenia systemu, jego genezy i jego dziedzictwa. W imieniu nas wszystkich postanowiła nie nazywać czarnego czarnym ze wszystkimi konsekwencjami płynącymi z tego faktu. Wyrzekła się - wyzwolenia. Skutki tej amoralnej pierwotnej decyzji są praktycznie bez nowej świadomościowo-instytucjonalnej rewolucji nie do naprawienia. Demagogicznym łgarstwem jest stwierdzenie, że postawa taka zrodziła się z obaw przed barykadami, przelewem krwi i zgliszczami. Podobna alternatywa w ogóle nie wchodziła w grę. Chodziło wyłącznie o brak wyobraźni, odwagi, determinacji, niedostatek niepodległego ducha a także o pewne uwarunkowania psychologiczne tudzież nastawienia polityczne. Twierdzenie, że dogadanie się z komunistami, czyli - warto powtórzyć - rezygnacja ze zwycięstwa i nazwania rzeczy po imieniu - było koniecznością, jest kłamstwem.

Gdy nawet dzisiejsi przeciwnicy kontynuacji tzw. postkomunizmu plotą wciąż o konieczności oraz o sukcesie „okrągłego stołu”, który „utorował drogę do demokratycznych przemian”, to z miejsca trzeba im odpowiedzieć, że utorował on też drogę do bardzo wielu innych rzeczy, a w tym do dalszego niszczenia świadomości społecznej i fałszowania języka publicznego, kontynuacji komunistycznego prawa, abolicji dla komisarzy i ich najwierniejszych sługusów, darowania im pokaźnej części majątku narodowego.

Ukształtował specyficzny pejzaż mediów i zakonserwował system w finansach, szkolnictwie, sądownictwie, wojsku, policji i służbie zagranicznej - i wiele więcej. Utorowanie drogi polegało przede wszystkim na wskazaniach co do rodzaju rodzaju, tempa i wybiórczości owych „przemian”. Co istotne, a mało komentowane: dał także profity i monopol na współrządzenie drugiej stronie magdalenkowych (i wcześniejszych) narad. „Gruba kreska” nie była przypadkiem lecz rewersem tego właśnie medalu. Zasadniczą kwestią jest to, że nie chodziło o żadne „demokratyczne przemiany” a o odrzucenie i likwidację systemu, o zwycięstwo nad komunizmem, które rysowało się na horyzoncie. Wspomnianym przywódcom owej drugiej „naszej” strony zależało jednak właśnie wyłącznie na „demokratycznych przemianach”, „reformach” i przezwyciężeniu niektórych braków systemu.

„Dyskurs dzisiejszej władzy uwikłany jest beznadziejnie w ową pseudolegalność zatwierdzoną przy okrągłym stole” - pisze publicysta, przy czym chodzi tu o bez mała całą obecną klasę polityczną, a termin „dyskurs” należy rozumieć najszerzej jak tylko można. Dzisiejszy pełny bałagan moralny, fakt. że prezydent R.P. stwierdza, że ocena zarówno PRL-u, jak i komunizmu to kwestia trudna, złożona i przyszłościowa, panująca wszechwładnie niemoralna dwuznaczność lub to, że najbardziej wyzywanymi i narażonymi na ostracyzm są antykomuniści - nie powinno dziwić w najmniejszym nawet stopniu. Ów bałagan moralny był później intensywnie pogłębiany. Przez całą swą karierę W. Jaruzelski nie miał tak wspaniałych propagandzistów, jak jego wcześniejsi rozmówcy z Magdalenki. Nic dziwnego, że ludzie stawali się coraz bardziej zdezorientowani. Wydawało się (i wydaje nadal) jakby potężnym siłom nowego establishmentu bardzo na tym zależało.

Są to nieco mniej eksponowane efekty „wspaniałego, pokojowego przejścia”. Śmieszy wręcz, gdy dzisiejsi radykałowie, oburzając się na odżywające hasła pogodzenia się z sytuacją i skutkami „okrągłego stołu”, i nazywając tego typu wezwania do „kompromisu” - kapitulacją, zapominają, że w roku 1989 byli gorącymi zwolennikami takiej właśnie kapitulacji. Dokładnie takiej samej. Krytykują oni „filozofię polityczną, którą usiłuje się wprowadzić w Polsce od kilku lat” mimo, że stali u jej narodzin. Oburzają się na próby przystosowania się do układu postkomunistycznego, chociaż oni również ów układ pomagali wznosić. Naiwnie sądzili, że ową filozofię i ów układ w pewnej chwili odrzuci się i przerwie. Są oburzeni, tym co zdarzyło się w czerwcu 1992. Tymczasem, była to nieuchronna konsekwencja Magdalenki.

„Okrągły stół” był zaproszeniem do relatywizowania komunizmu. Tam narodził się tzw. postkomunizm łącznie z takim detalem, jak wspieranie Jaruzelskiego i Kiszczaka, tam powstał układ cementowany przez następne miesiące i lata. Bunt i protest są mocno spóźnione. Czy nie prościej było oprzeć się tej zabójczej filozofii u jej zarania? Na jakiej podstawie sądzono, że rezygnacja z rewolucji prawdy, ugadywanie się z katami i zdrajcami, zamazywanie moralnej jednoznaczności dać może z czasem dobre, zdrowe owoce?

Tzw. „historyczne zwycięstwo” z 1989 roku należy przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza: bogactwem, bezkarnością, bezczelnością, z demokratycznością tow. Millera, wieloletnią dominacją B. Geremka, monopolem „Gazety Wyborczej”, telewizją Szczypiorskich i Małachowskich, antydekomunizacyjnym zakłamaniem i całą resztą. Ową „resztę” spisać można by w potężnym tomie a wszystko co by się tam znalazło, stanowi owoc pierwotnego „kompromisu” z komunistami. Wielu „naszym” wcale to zresztą nie przeszkadza. Przeciwnie, uważają, że uratowali kraj przed dykaturą... ONR Falangi. W tej oderwanej całkowicie od realiów naszych czasów optyce zdemokratyzowani komuniści są złem /?/ bez porównania mniejszym, termin „zakłamanie” w ogóle nie występuje, a inne w tym „patriotyzm” ujmowane są dialektycznie. Gdy ktoś mówi, że „nawet w najbardziej ponurych przypuszczeniach przewidziałbym...” to z miejsca trzeba zaripostować: waszą powinnością było przewidzieć. W roku 1989 i wcześniej.

Tylko jednoznaczne określenie, że wszystkimi a rozległymi skutkami z tego wynikającymi, w jakim domu kazali nam żyć komuniści, dałoby nam, dałoby dzisiaj wszystkim innym rzeczywiste poczucie znalezienia się w autentycznym, przywróconym, biało-czerwonym, własnym domu. Możliwe to jednak było tylko przy okazaniu większej cierpliwości i przy innym nastawieniu ideowym „naszych przywódców”, to jest - bez Magdalenki.

Zamiast tego, coraz częściej rozlegają się głosy, że dopiero teraz zaczyna nam grozić to czego obawiano się jako skutku zwycięstwa komunizmu - skarlenie moralno-świadomościowe, triumfu cynizmu, oportunizmu, tchórzostwa, całkowitego materializmu i pełnego relatywizmu, a także - utrata wiary w takie, jak się okazuje, przestarzałe i niemożliwe do przełożenia na rzeczywistość, anachroniczne polskie wartości. jak prawda i sprawiedliwość.

„Okrągły stół” oznaczał dobrowolne oplątanie się misternie skonstruowaną siecią, z której niezwykle trudno będzie się wyplątać. Był pułapką, oznaczał zaaplikowanie sobie trucizny. Tylko pozostające poza zasięgiem jego oddziaływania wydarzenia w innych częściach obozu, w tym w samym Sojuzie, spowodowały, że nie otruliśmy się całkowicie. Było to rozwiązanie dobre na rok 1957. U instytucjonalnego schyłku komunizmu było idiotyzmem politycznym. Ani rewizjonistyczno-lewicowe nastawienie, ani tępe nawiązywanie do minimalizmu roku 1980, ani nie postrzegające pozapolskich realiów późnych lat 80-tych tchórzostwo, umocnione wspomnieniem 13 grudnia - nie stanowią tu dla nikogo usprawiedliwienia.

Nic nie słychać jakoś by rozlegały się głosy „mea pulpa”, by dzisiejsze jednoznacznie stawiane sprawy rozciągano na przeszłość, by przyznano, że Magdalenka to była więcej niż zbrodnia, bo błąd - o niezmiernie dalekosiężnych skutkach. A przecież, stwierdzając to, można by wreszcie bez osłonek spojrzeć w twarz rzeczywistości ostatnich lat, poznać mechanizmy działania systemu totalitarnego (także w momencie jego odnów i przełomów), nazwać po imieniu tych, którzy chcą „okrągły stół” jawnie kontynuować. Przezwyciężenie pozostałości komunizmu oznacza też przezwyciężenie ostatnich trzech lat, z wchodząca jak i najbardziej w zakres komunistycznego - dziedzictwa - Magdalenką na czele. Inaczej skorupy kłamstwa i moralnej dwuznaczności nie zrzucimy za czasów tego pokolenia. Niestety, małe są na to szanse. Trudno przecież przyznać, że współuczestniczyło się w zakładaniu pętli. Toteż racje ma chyba przywoływany już publicysta, pytający raczej akademicko: „A może szanse dla Polski otworzą się dopiero, gdy odejdzie „klasa polityczna”, która zasiadała przy okrągłym stole i utraciła wskutek braku wyobraźni i ni udolnych decyzji, swą wiarygodność?” Tylko jakie to będą jeszcze szanse?

Na wspomniane odejście przyjdzie przecież czekać bardzo długo a tymczasem będziemy dalej świadkami nieczytelnych manewrów, mało wiarygodnie brzmiącego radykalizmu, popisów Jaruzelskiego w telewizji, pogłębiania odczucia, że „zmieniło się mało”, powtarzania się takich scen jak ta nocna w Sejmie 4/5 czerwca 1992, a przede wszystkim tego, że całkowicie zdezorientowane i pogrążone dodatkowo bytowo społeczeństwo jeszcze bardziej utraci busolę, jeszcze mniej będzie je wszystko obchodzić, interesować, dziwić i oburzać. W najbliższym czasie czeka nas rzeczywistość, w której owo „tymczasem” ma wszelkie szanse umocnić się i utrwalić. Rzeczywistość, którą będzie kształtować, interpretować i podawać, do jedynie słusznego wierzenia, totalna gazeta (Wyborcza), totalne radio i totalna telewizja Spółki Agora bądź podobnych i pochodnych. A politycy, w tym bezideowi technokraci, jednowymiarowi prawicowcy i „reformatorscy” centryści, udawać będą, że wszystko jest normalnie. Pochłonięci w swym zamkniętym światku trzeciorzędnymi grami i manewrami wręcz mogą wierzyć, że tak jest rzeczywiście. Jak do tego doszło? Jak pozostała rzeczywistość, w której doprawdy ciężko żyć wszystkim, którzy myślą inaczej niż większość obecnych elit?

Trudno tu opisywać realia polskie ostatnich dekad, oblicze i nastawienie tzw. środowisk opiniotwórczych, ani nawet rozważać rodowód „pierestrojki”. Parę luźnych spostrzerzeń można jednak pomieścić a najistotniejsze winny być te, które odmitologizują przeszłość, zwłaszcza tę nieodległą.

Paradoksalnie, zryw lat 1980-81 postawił Polskę w gorszej od sąsiadów sytuacji - w momencie nadejścia historycznej szansy o zupełnie innym ciężarze gatunkowym w dekadę później. (Należy odrzucić megalomańską tezę, że my jesteśmy praprzyczyną wszystkiego, chociaż oczywiście wszystko ma jakiś wpływ na wszystko. Nawet jednak, gdybyśmy sobie taką rolę przyznali, nie zmienia to zasadniczej prawdziwości poprzedniej konstatacji).

Polska rewolucja 1980-81, czy też mówiąc mniej górnolotnie - sprzeciw, rozegrała się na polu zastępczym i przy zminimalizowanych, z konieczności, celach. Zakończyła się pogrzebaniem nadziei, rozmyślnie przesadnie eksponowaną fizyczną (militarną) potęgą przeciwnika 13 grudnia 1981 roku i potem. Wbrew rozpowszechnionym mniemaniom, taki akt i związane z nim represje, pobicia, zwolnienia, zastraszenia a nawet śmierć plus ponowny, otwarty triumf cynicznego kłamstwa, działają na przytłaczającą część społeczeństwa w dłuższej perspektywie - paraliżująco. Powodują odczucie: nic nie warto, nic się nie zdziała, zawsze się przegra. Aktywne oburzenie, poczucie zaznanego gwałtu, którego nie można tolerować jest w sumie udziałem nielicznych, a z czasem jeszcze mniej licznych.

Wśród tych nielicznych występuje inne zagrożenie: to że będzie się toczyć wczorajsze bitwy o wczorajsze cele i za wszelką cenę dążyć do powrotu „pięknego czasu” a nie na przykład do czegoś innego, do czegoś więcej. Drugie zagrożenie wynika z tego, że w tak zredukowanym ruchu sprzeciwu główną, a z czasem dominującą rolę zaczynają odgrywać środowiska i grupy zamknięte, szczególnie dobrze zorganizowane, także żeby tak rzec - ideowo. W Polsce grupa taka istniała od lat. Nigdzie tzw. rewizjonizm (komunistyczny) nie był tak silny i tak długowieczny jak w Polsce. Mówiąc inaczej i szczerze, nigdzie elity „opozycyjne” nie były tak fatalnie jednorodne, tak silne i tak lewicowe. Z uwagi na to ich liczebność nie była, w dekadę później, czymś korzystnym z punktu widzenia celu podstawowego (pełnej niepodległości i całkowitego oderwania od komunizmu) a raczej wręcz przeciwnie.

W takich np. Czechach najgłośniejsza opozycja miała podobny ideowy rodowód i charakter co u nas (marzyła o powrocie do socu z ludzką twarzą a la rok 68). I tak samo, jak nasza, była hołubiona i nagłaśniana przez Zachód. Dlatego jednak, że była mniej liczna (a także z powodu niezainstalowania w Pradze „okrągłego stołu”), rychło musiała zrezygnować z monopolistycznych zapędów. Nie trzeba było długo czekać by do decydującego głosu doszli ludzie zwykli to znaczy mało mający w przeszłości wspólnego z reżimem, przetargani, kompromisami z komunizmem... W Czechach nie ma przy władzy przysłowiowego prof. Geremka a opinią nie rządzi wszechwładna, potężna falanga ex-rewizjonistów i lewicowców wszelkiej maści.

W roku 1980 nie nastąpił spontaniczny i masowy wybuch akurat - syndykalizmu. Jedyną formą wyrażania sprzeciwu i niezgody oraz możliwością legalnego samoorganizowania się były związki zawodowe. Rozwinęły się więc związki zawodowe. Dla wielu „wybitnych działaczy opozycji demokratycznej” była to jednak forma optymalna. Sprawa związana z klasą robotniczą, z wielkimi zakładami, pole samorealizacji proletariatu, autentyczna władza Robotniczych Rad... to było ich pole, a efekty miały być jeszcze wspanialsze niż wtedy gdyby tow. Wiesław „nie zdradził października”. Tego typu wizja plus „przestrzeganie praw człowieka” niemalże wyczerpywało katalog ich marzeń nawet w okresie ogólnej radykalizacji jesienią 1981 roku. Upolitycznienie „opozycji” ani im było w głowie. We wszystkim było wówczas jednak dużo spontaniczności, zaczerpnięcie łyku wolności było wręcz odurzające, a mimo toczonych podskórnie politycznych bitew rola „doradców” nie była bynajmniej ugruntowana i daleko było do ich dyktatu (mimo że Wałęsa już wtedy ukazał swój charakter). Dla szerszych kręgów liczyła się przede wszystkim jedność wobec wroga a różnice ideowe po „naszej stronie” były kamuflowane. Co prawda na I Zjeździe Solidarności najważniejszą sprawą była walka o autentyczne samorządy pracownicze, ale sentymenty niepodległościowe, nawiązywanie do patriotycznej tradycji, inspiracja chrześcijańska były również żywo obecne.

Wydawało się, że 13 grudnia winien skutecznie wyleczyć wszystkich z ostatnich złudzeń. Tymczasem stała się rzecz akurat odwrotna. Aresztowania i wyjazdy spowodowały, że na czele ruchu stanęli ludzie mali duchem. Na demonstracjach nakazywano skandować: „dialogu, dialogu”. Gdy pojawili się spowrotem „doradcy” dokonano przy pomocy Wałęsy, dbającego wyłącznie o swój interes (później, po odsunięciu go na bok przez „doradców” wykorzystał do swoich celów orientację przeciwną), w podziemnej "S" faktycznego przewrotu a „doradcy” wzięli całkowicie w swe ręce decyzje oraz korzyści związane z kontaktami z Zachodem. Owo zglajszachtowanie ruchu odbyło się w sposób mało widoczny dla szerszej opinii. Konspiracja rządzi się swymi prawami a potrzeba jedności była jeszcze większa niż uprzednio. Tę ostatnią tezę wygrywano nieustannie. Walczono otwarcie z jakąkolwiek polityzacją, wydrwiwano myśl niepodległościową, podkreślano, że tylko czysty (stale oczyszczany ze wszystkich niepokornych), jednolity ruch związkowy, pod całkowicie prawomyślnym kierownictwem, ma znaczenie a nawet monopol na patriotyzm. Stadność poglądów lewicy, żelazna hierarchiczność kierownictwa, umiejętność opozycyjnego poruszania się po komunizmie, dobre kontakty na postępowym Zachodzie i wciąż powielany mit "S" - ruchu robotniczego, bardzo ułatwiały zadanie.

Do ostatka zwalczano myśl o niepodległości i wolności (jeszcze w końcowej fazie „Tygodnika Mazowsze” prof. Geremek ogłosił esej, w którym dowodził niemożliwości ubiegania się w Polsce o wolne wybory), o rozkładzie komunizmu nie chciano słyszeć, znaleziono nawet czas na drwiny z rządu emigracyjnego. No i zwalczano nierealistycznych fantastów i awanturniczych szaleńców. Barwność epitetów i pomówień pod ich adresem już wtedy była bardzo bogata. Równocześnie z tym, szersza opinia traciła serce i zniechęcała się do całej sprawy i to w czasie gdy Sprawa stawała się coraz większa. Stan wojenny w dużej mierze osiągnął swój cel, a ciężkie warunki bytowe (podobnie jak, na innej płaszczyźnie, w dniu dzisiejszym) dopełniały obrazu.

Pomijając nawet powyższe tzw. uwarunkowania, ważne było to, iż dążono do celu starego, już nie wystarczającego, anachronicznego. Przywrócenie Solidarności pozostało dążeniem, któremu „należało” podporządkować wszystko. Tak więc wtedy gdy świat wokół zaczął się zmieniać, u nas jakby wszystko zastygło w oczekiwaniu na ew. wczorajsze zwycięstwo bis. Dość rychło „doradcy” nawiązali kontakt z reżimem i zaczęli z nim „dialogować” w celu wypracowania modus vivendi. Działo się to na długo przed zwieńczeniem ich marzeń - Magdalenką. Ta ostatnia, nota bene, doszła oczywiście do skutku po uzyskaniu placetu Moskwy.

Mówi się, choć zadziwiająco rzadko (nawet dzisiejsi przeciwnicy kontynuowania układu i ludzie brzydzący się „Gazetą Wyborczą” twierdzą, na ogół, że „okrągły stół” był taktyczną koniecznością), że Magdalenka była błędem politycznym. Wynikła rzekomo z przeceniania sił przeciwnika, stanowiła falstart, spowodowana była niecierpliwością co skwapliwie wykorzystali komuniści. Nie wydaje się by to było główną przyczyną (czy też grzechem) „okrągłego stołu”. Grupę architektów (tą „naszą” nie sbecką) guzik obchodziła siła czy słabość komunistów. Ślepi na rzeczywistość wokół Polski, realizowali z zapałem swój wieloletni cel, marzenie, ideał: dogadanie się ze zliberalizowanymi komunistami i wprowadzenia wspólnymi siłami ustroju o ludzkim obliczu, jeszcze bardziej ludzkim niż ten jaki postulowało kiedyś „Po prostu”. Oczywiście z Solidarnością i „Po prostu” - bis z jednej strony a zapewnieniem, że przebudowana (spieriestrojkowana) Polska dotrzyma zobowiązań sojuszniczych - z drugiej. Na tym by się z pewnością skończyło gdyby nie bieg wypadków poza granicami Polski.

Gdy tak spojrzy się na sprawę trudno mówić nawet o „zdradzie okrągłego stołu”. W tym właśnie czasie historycznym był on trudną do oszacowania klęską, „kapitulacją”, początkiem pozbawiania głębszego sensu i moralnej jednoznaczności całego oporu i sprzeciwu wobec komunizmu - ale tylko z punktu widzenia autentycznych antykomunistów. A nie o nich przecież mowa. Z punktu widzenia jego architektów był posunięciem logicznym, słusznym i znakomitym. Często mówi się co zyskali dzięki niemu komuniści, co udało im się zachować. Ile przenieśli do nowego systemu itp. Rzadko wspomina się o korzyściach i profitach jakie uzyskała druga strona ze swym wewnętrznym kierownictwem na czele.

Jest to tak istotne, że warto powtórzyć: jej supremacja w polskim życiu politycznym, tym niby już normalnym, tam zamontowano mocno i fachowo przęsła jej ideologii (nie rozliczać się z przeszłością, nie analizować swej drogi życiowej) co owocuje m.in. niemożnością przeprowadzenia w Polsce dekomunizacji, tym, że różne dokumenty wypływają w Moskwie a nie w Warszawie, ową słynną już „zbiorową nieodpowiedzialnością...” I to jednak trudno uznać za „zdradę” - jest to realizacja „określonej”, jak brzmiało to w nowomowie, linii politycznej przez „określoną” orientację. Tym niemniej dla zewnętrznego, chłodnego i nie lewicowego obserwatora „okrągły stół” jawił się jako jakaś anomalia historyczna. Miał miejsce jakby w innym przedziale czasowym w stosunku do wydarzeń światowych.

Twierdzenie, że „tu się zaczęło” jest więcej niż bez znaczenia, albowiem Gorbaczow przemyśliwał właśnie eksperyment spieriestrojkowania Obozu i gdzieś zacząć musiał. Alternatywą nie była jak już wspomniano żadna nowa rewolucja tylko trwanie jeszcze czas pewien w postawie oporu i sprzeciwu. Wbrew ówczesnej ogłuszającej propagandzie, było to sensowne, możliwe, realistyczne i rozsądne. Także wbrew powstałej potem mitologii sąsiedzi nie poszli bynajmniej w nasze ślady. W Czechosłowacji po prostu przejęto władzę, a przy „prostokątnych” rokowaniach na Węgrzech, omawiano wyłącznie kwestię normalnych, wolnych wyborów. U nas wtedy gdy na horyzoncie świtała szansa na wolność debatowano z poświęceniem n. t. reaktywowania związku zawodowego (i to pod wieloma warunkami) gdy zaistniała możliwość rozpoczęcia odbudowy normalnej gospodarki „stawiano na indeksację płac”.

Ważne jest by zrozumieć, że owo jakby zupełne zagubienie, bezpłodne i po prostu głupie nawiązywanie do czasu minionego nie było wcale przypadkiem czy pomyłką. (Nie jest nimi także dzisiejsza obrona tamtej decyzji czy też niedwuznacznie deklarowana chęć kontynuacji tamtej „filozofii”). A jednak... Dziś już zapomniało się o tym, ale zgoda na współuczestnictwo w takim właśnie „otwarciu nowej karty” (poprzez m.in. sfałszowanie demokracji czyli zgodę na zakontraktowane wybory) to było bardzo wiele, zwłaszcza wówczas. Szkoda, że nie pamięta się dziś, jak zakomunikowano maluczkim o decyzji Przywódców by rozpocząć w imieniu wszystkich Polaków Historyczny Dialog wiodący do consensusu. Na łamach „Tygodnika Mazowsze” (Wyborcza jest jego „bisem”) ukazał się artykuł redakcyjny, w którym obwieszczono tonem autorytatywnym nie podlegające dyskusji postanowienie Najlepszych. Odczuwano jednak jeszcze wtedy potrzebę TŁUMACZENIA SIĘ Z JEJ PODJĘCIA. (Dziś z procederu bratania się z Jaruzelskim tłumaczyć się już nie trzeba).

Przeciwnie, jest to coś najzupełniej normalnego podobnie jak naturalna jest brutalna kampania przeciw antykomunistom. Napisano więc, że jeśli chcemy mieć „Solidarność”, „musimy” iść na ustępstwa w sprawie wyborów. Nie ma innej drogi i „kierownictwo” z ciężkim sercem było zmuszone na to ustępstwo, na udział w wyborach wyrazi zgodę - zakomunikował „Tygodnik Mazowsze”. Owe wybory nazywano mało pochlebnie i traktowano jako „naszą” porażkę, nie mającą atoli rzekomo alternatywy - także w przyszłości. Wtedy jeszcze nie przyzwoicie było, rezygnując ze zwycięstwa nad komunizmem, mówić o „historycznym przełomie”, „wspaniałym osiągnięciu”, itp. Musiano napisać, że płaci się wielką cenę, choć wtedy jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy jak będzie ona wysoka i długotrwała, jak wiele się w tym momencie traci i gubi oraz jak żelbetonowa konstrukcją okaże się „okrągły stół”. Bardzo szybko zrezygnowano z tak szczerego stawienia sprawy. Dziś nikt o tym nie pamięta, pozostało tylko określenie „wspaniałe zwycięstwo”, mimo iż zupełnie oczywiste było, że przynajmniej wówczas, komuniści muszą przegrać wszystko co przegrać mogą. Już niebawem główną troską stało się, by nie przegrali za dużo, by umowa wstała w pełni dotrzymana...

Tak właśnie (słowo „nieprzyzwoicie” jest tu jak najbardziej na miejscu). zaczęło się „nasze historyczne zwycięstwo”. Nieprzyzwoitości było więcej. Radosne ściskanie się z szefem policji politycznej, byłym pracownikiem Informacji zapoczątkowało spektakl, który w zasadzie trwa do dzisiaj. Już w otwarty sposób, w świetle dnia i bez kamuflażu zaczęto tłuc busolę wskazującą niewzruszone, wydawałoby się, pryncypia i imponderablia wyrzucono na śmietnik. Wszyscy, nie ogłupieni podwójną już propagandą, mogli wreszcie ujrzeć prawdziwe oblicze naszych najlepszych „przywódców opozycji demokratycznej” - jedynie właściwych przywódców jedynie słusznej opozycji. Tylko, że wszyscy byli już bardzo bardzo zmęczeni a wspomniana propaganda dopiero nabierała i biegu i rozmachu...

W pierwszym okresie „okrągłego stołu” brutalnie zamordowano księdza Niedzielaka. W polskojęzycznej radiostacji usłyszałem, jak z Francji, tej nie tyle antyklerykalnej co antykościelnej Francji, pytano J. Onyszkiewicza jak wpłynie to na proces ugadzania się, czy go nie zakłóci, czy „Solidarność” nie zażąda wyjaśnień, czy nie jest oburzona. Nawet we Francji odczuto, że powód do oburzenia jest...

Dotąd tkwi mi w uszach ton odpowiedzi J. Onyszkiewicza: ależ skądże, sprawa jest niejasna, udział służb państwowych nieudowodniony a właściwie niemożliwy, nic się nie stało. nic nie będzie, niczego w najmniejszym stopniu się nie zakłóci. J. Onyszkiewicz był nieco zmieszany, ale przede wszystkim zdziwiony. Do dziś, pełen lukrowanej obłudy, zakłamany timbre głosu reprezentanta „naszych przywódców” i jego nacechowane całkowitym fałszem słowa stanowią dla mnie symbol tamtych czasów, tamtych ludzi, Magdalenki, „okrągłego stołu” i tamtej umowy. I co za przypadek, sprawców mordu do dziś nie wykryto. To również jest symbolem. Symbolem nie tylko klimatu pielęgnowanego przez 3 lata ale też symbolem zarówno moralnej rangi jak i niezmiennej trwałości „filozofii okrągłego stołu”. Obecnie i symbolem i realizatorem owej „filozofii” jest Prezydent. Postępowanie Lecha Wałęsy - zwłaszcza po osiągnięciu Belwederu - to już jednak inna, chociaż nie tak całkiem inna historia.

Zbojkotowałem wybory w 1989 roku i do dzisiaj jestem dumny z tej decyzji. Nota bene, utrzymuje się i umacnia szereg fałszów związanych z tą imprezą. Twierdzi się więc, że przywitana została, powszechnym, ogólnonarodowym entuzjazmem, zapominając wygodnie o żenująco niskiej, na przykład w porównaniu z Czechosłowacją, frekwencji. Tak, w tym coraz większym mitem obrastających „historycznych” wyborach frekwencja była bardzo mała. Co ważniejsze, ilu z tych, którzy z entuzjazmem przyczyniło się do, od początku oczywistego zwycięstwa „drużyny Wałęsy”, w istocie drużyny Kuronia i paru kolegów, czuło się potem oszukanych?

Po drugie - utrwalił się też mit, jakoby na użytek tych, których nie odstraszyła zasada dogadania się zawczasu z komunistami trzeba było stworzyć monolityczną „drużynę”. Twierdzenie, że rozproszenie sił groziło klęską - jest kłamstwem. Można było wystawić i 5 różnych, oczywiście namaszczonych, „naszych kandydatów” a jeśli żaden z nich nie zdobyłby ponad 50% to ten, który uzyskałby najwięcej wygrałby z komunistą w II turze jeśli komunista uzyskałby ponad 50% od razu to i tak ilość „naszych” nie miałaby znaczenia - jak wiadomo zresztą żaden komunista tyle nie uzyskał. Warto przypomnieć również ówczesne publicznie ogłoszone zarządzenie J. Kuronia, dekretującego odrazę do fałszywych sojuszy - chodziło mu o sojusz z siłami, które do wyborów zgodziły się stanąć i były absolutnie „nasze” atoli nie pozostające pod kontrolą autora słynnego listu do Partii. Twierdzi się, że ci, którzy wzywali do bojkotu operowali argumentem „bo komuniści nas oszukają”. W moim przypadku - nic z tych rzeczy. Zdawałem sobie sprawę, że zgoła kto inny chce Polaków oszukać a mówiąc dokładniej, iż pragną tego obie wysokie magdalenkowe strony. Toteż później nie przeżywałem żadnych rozczarowań.

Tak jak bolszewicy nie zdradzili AK, więżąc i wywożąc po wspólnym zdobywaniu wschodnich miast (tylko zachowali się normalnie - po bolszewicku), tak jak Gomułka żadnego października nie zdradził będąc cały czas 100% komunistą, tak nie był w stanie zdradzić po wyborach 1989 roku p. Kuroń z kolegami. Zachował się normalnie jak weteran wspomnianego listu. Później postawę swą znacznie zmodyfikował, ale przecież nie w pełni - i to jest najważniejsze. Podobnie normalnie zachowywała się potem większość OKP, a „wypadki przy pracy” (przy mianowaniu) nic przecie nie były w stanie zmienić.

Absolutnie nie byłem więc zaskoczony ani władztwem Geremka nad OKP ani jego „pacta sum servanda” wobec komunistów, ani patriotyczną akcją Wielowieyskiego pod hasłem „Jaruzelski prezydentem wszystkich Polaków”, ani późniejszą obroną PZPR-u w wykonaniu Michnika, ani coraz wyraźniejszym (bezczelniejszym) obliczem wielkiego, magdalenkowego osiągnięcia „nas wszystkich” – „Gazety Wyborczej”, ani niczym zgoła. Wiedziałem bowiem kto zacz Geremek, Michnik i przeważająca część ich kolegów a także to, iż ci, którzy za nimi poszli nawet po przebudzeniu nic, wbrew nim osiągnąć nie zdołają. l tak właśnie bardzo długo, było.

Utrwalać się dziś może legendy n. t. „pierwszego rządu niekomunistycznego” (to ten z Kiszczakiem i Siwickim) jako, podobno „rządu nadziei”. Dla mnie, czekającego na polski rząd antykomunistyczny, pierwszy rząd polski po wyzwoleniu spod komunizmu, a jednocześnie obserwującego co się dzieje w świecie, rząd Mazowieckiego-Kiszczaka był rządem beznadziei, pogłębiającej się jeszcze z czasem. Bajeczką dla grzecznych dzieci jest mniemanie, że w czarodziejski sposób zrodziła się idea „naszego premiera” a wybór (zatwierdzenie) tegoż był przypadkowy. Być może ujrzą jeszcze światło dzienne dokumenty o tym, kiedy i dlaczego Moskwa zgodziła się na ten pomysł i zaakceptowała tego kandydata. Ten ostatni był dla niej całkiem przewidywalny, (przecież gdyby tutejsi komuniści byli bardziej giętcy to p. Mazowiecki mógłby, bez ujemnych skutków dla komunizmu, a raczej wręcz przeciwnie, zostać mianowany na to stanowisko już w roku 1957) a zatem - całkowicie akceptowalny.

Rozliczne polityczne osiągnięcia (zostawmy tym razem na boku gospodarkę) rządu T. Mazowieckiego, być może znajdą jeszcze historyka. Zasada zastąpienia PZPR-u jako rzetelnego sojusznika Sojuza kierująca poczynaniami tego z gruntu PRL-wskiego polityka, stanowiła w ówczesnym świecie, u progu globalnego upadku zinstytucjonalizowanego komunizmu, ponurą groteskę, całkowity anachronizm. Pan Mazowiecki trząsł się ze strachu przed Kriuczkowem, trząsł się przed wyimaginowaną już potęgą reżimu sowieckiego i komunizmu i to mimo, że sumiennie i pracowicie dotrzymywał umowy. Tutejsi sowieciarze skrzętnie zagospodarowywali sobie „nisze” w rządzie i poza rządem, uzyskiwali po cichu przeróżne koncesje i ułatwienia. Panowali bez przeszkód nad finansami i mediami, przed sowiecką ambasadą rządowych lancii nie można było zliczyć, a w rocznicę nawiązania stosunków między Stalinem a jego tworem PKWN – „pierwszy nie komunistyczny premier” słał do Moskwy wiernopoddańcze adresy. Można powiedzieć, że tchórzostwo nazywane elegancko ostrożnością i niezdecydowaniem było podstawową cechą premierostwa Mazowieckiego.

Znowu - każdy kto zna Mawwieckiego - nie mógł być zaskoczony. „Okrągły stół” dał nam na premiera, w historycznym i przełomowym momencie osobę w tym okresie, najgorszą z możliwych. „Dał nam” w sensie dosłownym. A mitologia narasta. Dziś jeszcze prawomyślne tuby establishmentu próbują bronić ówczesnych dokonań opowiadając bzdury, jakoby wówczas Polsce wybranej jako poletko pierestrojki obozowej i dokonującej kontrolowanego, „ewolucyjnego”, etapowego przeobrażenia - pod wodzą Mazowieckiego, Jaruzelskiego, Geremka i Kiszczaka... groziła interwencja sowiecka. Stadne powtarzanie prymitywnych cliches stanowi kolejną cechę naszej wspaniałej elity. W słowach tych odbija się zresztą, tamto, jakże szkodliwe i zabójcze dla naszej przyszłości - tchórzostwo.

Szanse rychłego powrotu do normalności po okresie rządów T. Mazowieckiego były już znikome. Ponowne wejście na scenę pochłoniętego wyłącznie troską o umocnienie własnej pozycji i nie rozumiejącego kompletnie komunizmu (mówiąc delikatnie) - L. Wałęsy położyło sprawę całkowicie a przynajmniej na bardzo długo.

Wszystkie pomniejsze konwulsje polityczne - ostatecznie liczba przedstawicieli elit politycznych mających dosyć tego wszystkiego i postrzegających jak roztrwoniono szanse i nie wykorzystano zupełnie koniunktury, rosła - były w stanie naprawić niewiele. Bardzo długo jeszcze nikt nie zdoła tego uczynić. A jeszcze przedtem muszą pojawić się przecież siły i przywódcy innego autoramentu, by nie rzec pokolenia, nie uwikłani w PRL, zdolni dokończyć polską ideową rewolucję, zacząć ją bądź uratować z niej co się jeszcze da (trudno sprecyzować, które określenie jest tu właściwsze).

A na razie jesteśmy tu gdzie jesteśmy. 11 listopada 1992 roku nie był jeszcze autentycznie biało-czerwony, godny III Rzeczypospolitej. Czy to pokolenie w ogóle doczeka takiego święta? Najpierw doczekać musimy zmiany na stanowisku Prezydenta R.P. Nic nie zapowiada by stało się to niebawem, a jest przecież niezbędne. W chwili pisania tych słów Lech Wałęsa, wraz ze swym wspaniałym otoczeniem, zabiera się najwyraźniej do dokończenia „operacji 4 czerwca 1992 roku”...

Źródło:
Antyk nr 9/10/11/12, 1993 r. s. 42-48.