SPRAWA LECHA WAŁĘSY

CZY SUBTELNE ODCIENIE GIER OPERACYJNYCH?

Naszkicowawszy ogólne tło, aby wskazać możliwe zawiłości zabezpieczenia agenturalnego, rozważmy przypadki dwóch wybitnych postaci naszego życia społecznego.

Sprawa Lecha Wałęsy

Kto tu kogo podporządkował sobie - system prezydenta, czy prezydent system? Nigdy dokładnie nie wiadomo, jak to jest, kiedy w grę wchodzą służby specjalne.

Politycy uważają, że są one do ich dyspozycji, a z kolei one bardzo często opanowują polityków.(1)

Czy Wałęsa jest lub był TW? Istnieje spora grupa ludzi - są wśród nich jego dawni współpracownicy - o tym od dawna głęboko przekonanych. To oczywiście żaden dowód. Kłopot w tym, że można udowodnić, iż ktoś był agentem, ale nie sposób udowodnić tego, iż ktoś agentem nie był. Z punktu widzenia czystej logiki ucieczki przed tą paranoją nie ma. Dlatego nie ma racji Jacek Kuroń mówiący o tzw. liście Macierewicza: „Jest to po prostu stek kłamstw, na liście są nazwiska, w które ja po prostu nie wierzę, mam na to masę dowodów. Są tam ludzie, których znam, z którymi działałem blisko” (podkr. AZ).(2) To, iż można było być agentem nie pozostawiwszy żadnych śladów na papierze, to na pewno Kuroń rozumie. Z kolei historia tajnych służb pokazuje, że pokrętność duszy ludzkiej nie ma granic, że w pewnych warunkach z równą gorliwością można służyć więcej niż jednemu panu, że można pracować dla zwalczających się stron, będąc jednocześnie wewnętrznie przekonanym, iż wcale nie czyni się źle. Wiara w drugiego człowieka to rzecz piękna, ale czyż akurat Kuroniowi tłumaczyć trzeba, iż głęboka wiara potrafi owocować nie tylko niewrażliwością na fakty, ale i winą?

Osobiście, byłbym skłonny obdarzyć Pana Prezydenta pewnym kredytem zaufania i uznać, iż może mówić prawdę (albo przynajmniej wierzyć w swe słowa), gdy twierdzi, iż nikogo nie zdradził, że na nikogo nie doniósł. Kłopot w tym, iż nie trzeba być świadomym agentem, aby być uzależnionym i kontrolowanym operacyjnie przez kogoś innego. Można nie rozumieć tego, jakiemu panu się służy.

Zastanówmy się, dlaczego w książce wydanej w '92 Jaruzelski uznaje za stosowne przypomnieć epizod sprzed jedenastu lat? Ówcześnie premier, tak pisze o swym drugim spotkaniu z Wałęsą, odbytym 22 marca '81, po incydencie bygdoskim: „W rozmowie z przewodniczącym 'Solidarności' pojawiły się jeszcze dwa elementy zasługujące na odnotowanie. Otóż nasze służby wywiadowcze zdobyły we Włoszech dziennikarskie materiały, robione z myślą o złośliwym wykorzystaniu przeciwko Wałęsie. Korzystając z okazji spotkania przekazałem mu je. Zapewniłem jednocześnie, że uczynię wszystko, aby nikt nie zrobił z nich użytku. Był to z mej strony po prostu ludzki odruch, wyraz sympatii, której nić, jak sądzę, między nami istniała. (...) Ustaliliśmy, iż to nasze drugie spotkanie potraktujemy poufnie, nie ogłosimy komunikatu” (podkr. AZ).(3)

Sam Wałęsa przynajmniej potraktował je na tyle poufnie, iż w książce „Droga nadziei” ogłoszonej w '87, po obszernym omówieniu pierwszego spotkania z Jaruzelskim w dniu 10 marca, pisze jedynie: „Nie wszystkie spotkania miały charakter publiczny. Odbyło się jeszcze jedno poufne, w cztery oczy. Obiecano mi wtedy, że 'gdyby coś' - to otrzymam na cztery dni wcześniej sygnał, który będzie ostatnią szansą, żeby zapobiec czemuś nieodwracalnemu. Ta obietnica nie została dotrzymana”.(4) Ani słowa, iż owo spotkanie miało bezpośredni związek z incydentem bydgoskim.(5)

Warto, w świetle tej informacji, dokładniej przeanalizować zachowanie Wałęsy na słynnym posiedzeniu KKP w Bydgoszczy w dn. 24 marca. Wykazał tam niezwykłą determinację, przeciwstawiając się całej krajówce dążącej do strajku generalnego. A w „Drodze nadziei” to dramatyczne posiedzenie potraktował b. zdawkowo.

Nie warto teraz wnikać w okoliczności ówczesnego pobytu Wałęsy we Włoszech. Co innego jest ważne. Dlaczego w książce opublikowanej w '92 Jaruzelski - o którym wiadomo, iż zaczytywał się w lekturze sprawozdań podległych mu służb specjalnych - przypomina (ciekawe, komu w pierwszej kolejności: Wałęsie, opinii publicznej, czy też swoim partyjnym towarzyszom uspokajanym w ten sposób) szantaż sprzed 11 lat? Czy to jedyna zagrywka tego rodzaju? Czy od tamtego czasu, tj. od '81, służby specjalne nie miały więcej okazji, by zgromadzić kłopotliwe dla obecnego prezydenta materiały? Przecież nie wszystkie operacje komunistycznych służb specjalnych przeciw przewodniczącemu "S" były tak nieudolnie wykonane jak akcja ze słynną taśmą z rozmowy Wałęsy z bratem. Czy przytoczona wypowiedź Jaruzelskiego stanowi ostrzeżenie? Sygnał w rodzaju: „Panie Wałęsa, odtąd - dotąd, można działać. Proszę bardzo. Ale od dekomunizacji trzeba się trzymać z daleka!”

Czy gra polega nadal na tym, że ja wiem o tobie, ty o mnie - i obaj milczymy? Jakie skutki dla polskiej demokracji ma tego rodzaju wzajemne blokowanie się wysokich stron?

Trudne do zrozumienia posunięcia Wałęsy pojawiły się dość wcześnie. Jarosław Kurski w książce „Wódz” relacjonuje: „Millerom i Rakowskim partia rozłaziła się w rękach. Potrzebowali gwarancji, że po przemalowaniu układ 'okrągłego stołu' będzie nadal aktualny. Kontakty były już przetarte, bowiem Jarosław Kaczyński negocjował wcześniej z nimi prezesurę Mazowieckiego. 20 grudnia ['89 - AZ] Wałęsa spotkał się w Gdańsku z Millerem. 30 grudnia w gmachu Sejmu - z Rakowskim. Rozmowa toczyła się w cztery oczy. (...) przewodniczący „Solidarności” spotyka się na godzinnej rozmowie, po której przed kamerami telewizji wymienia dusery w rodzaju 'jeszcze razem pojedziemy na rybki, panie Mieczysławie.”(6)

Aleksander Hall: „Jeśli popatrzeć na działalność Wałęsy jeszcze przed rozwiązaniem się partii, to muszę powiedzieć zupełnie szczerze (...) - Lech wykonywał nadmierną ilość gestów w stosunku do układu pezetpeerowskiego. Niesmaczne spotkanie z Rakowskim, wyraźne promowanie Fiszbacha, wypowiedzi, że potrzebna jest lewa noga, a potem obrażanie się na wynik zjazdu i mocny atak w kwestii majątku partii.”(7)

Sporo czasu przed. ukazaniem się słynnego tekstu Kurskiego „Wódz”, wyciągającego z cienia rolę Mieczysława Wachowskiego,(8) w miesięczniku „Orientacja na prawo” możemy przeczytać: „Przypomnijmy, że po swej inauguracji p. prezydent (...) zaproponował, sprzecznie ze swoimi uprzednimi obietnicami, opóźniające 'scenariusze' (najwyraźniej w otoczeniu p. prezydenta działa wyjątkowo utalentowany scenarzysta), by potem twierdzić, że zrobił wszystko, aby wybory odbyły się w maju” (podkr. AZ).(9)

Komentując wybory parlamentarne '91 redakcja tego miesięczznika wskazuje, iż warto odnotować i zapamiętać kroki podjęte przez Prezydenta niebawem po wyborach. Otóż „Prezydent:

- zasugerował możliwość udziału komunistów w rządzie (...),

- stwierdził, ze poszukuje 'okrągłego stołu' w nowym wydaniu,

- ujawnił wreszcie, że posądzanie go o chęć likwidacji 'grubej kreski', to nieporozumienie, albowiem wyznaje w tej kwestii poglądy zbliżone do Mazowieckiego.”(10)


Janusz Zemke, członek sejmowej komisji ds. zbadania realizacji uchwały Sejmu o ujawnianiu agentów UB i SB, wspomina o preparowaniu dokumentów w komunistycznym MSW. „Nie brak przykładów popierających tę tezę, np. w wyniku akcji 'Ambasador' i przekazania placówkom dyplomatycznym państw skandynawskich 'dokumentów', które sugerowały, że Wałęsa jest agentem, Lech Wałęsa otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla o rok później. Po roku bowiem zachodnie służby stwierdziły, że materiały obciążające zostały sfałszowane.”(11) I komu w ostatecznym rozrachunku podlegały służby montujące tę prowokację? Pasjonującemu się ich pracą Panu Generałowi, który wcześniej nawiązał z Lechem Wałęsą „nić sympatii”.(12) Dlaczego jednak informację o tym, jak to polskie służby specjalne brzydko potraktowały Wałęsę podaje prasie właśnie wieloletni pracownik aparatu, były sekretarz KW PZPR w Bydgoszczy,(13) obecnie poseł SLD i biznesman, Janusz Zemke? Dlaczego postkomunistyczna „Trybuna” publikuje stenogramy z tych właśnie posiedzeń Sejmowej Komisji Ciemieniewskiego, które mówią o tej samej sprawie.(14) Czy Prezydent potrzebuje uwiarygodnienia z takiej właśnie strony? Wiadomo, że uwiarygodniać mogą tylko wiarygodni. Komu, według Lecha Wałęsy, opinia publiczna powinna dać wiarę w kwestii jego ewentualnej agenturalności? Byłemu szefowi MSW, gen. Kiszczakowi, który przez telefon upewnia Prezydenta, iż nie był „Bolkiem”...

„Glob 24” cytuje „byłego pracownika MSW” mówiącego o działającej wiele lat grupie operacyjnej, rozpracowującej Wałęsę: „Tą specjalną grupą w departamencie V kierował Z.Ch. Miał później interesujące koleje losu (...). W każdym razie przetrwał wszystkie resortowe burze weryfikacyjne, przetrwał Kozłowskiego, Majewskiego. Kiedy resort przejął Macierewicz, zajmował poważne kierownicze stanowisko i przez dłuższy czas funkcjonował zupełnie nieźle. W końcu Macierewicz powiedział mu, że nie widzi go już dłużej na tym stanowisku i daje mu tydzień na rozliczenie z kadrami. Myślę, że do samego końca nie wiedział kogo zwalnia. Pewnie gdyby wiedział, to wycisnąłby z niego jak z cytryny wszystko, co tamten wiedział na temat Wałęsy i agentury wokół niego.”(15)

Czyż nie powinno budzić zastanowienia, iż sam Wałęsa, tak podejrzliwy - jak mówią - wobec najbliższych współpracowników, nie zainteresował się bliżej tymi, co przez lata starali się przeniknąć jego najgłębsze sekrety i z pewnością wyrządzili mu niejedno świństwo?

Nie sposób też nie spytać: dla kogo w ostatnich latach pracował wspomniany funkcjonariusz MSW? Ilu i jakim panom faktycznie służył? Nawet gdybyśmy przyjęli, iż ten czy inny poszczególny były funkcjonariusz SB stał się ostatnio lojalnym pracownikiem nowego państwa, to ile naiwności trzeba, by uznać, iż takie właśnie postępowanie stało się (i że w ogóle w istniejących warunkach stać się mogło) regułą? Ile beztroski trzeba, by uwierzyć, iż ktoś mający wieloletnie subtelne powiązania z ludźmi nomenklaturowego kapitału nie wykorzysta swej obecnej wiedzy o wewnętrznych, zakulisowych mechanizmach działania państwa dla ochrony tego kapitału i jego rozbudowy? Przecież ogłaszane od czasu do czasu przez pismo Urbana „Nie” rewelacje są efektem m.in. tego rodzaju sytuacji. Sensowne wydaje się też przypuszczenie, iż to, co idzie do druku stanowi jedynie czubek góry lodowej materiałów dostępnych dla ludzi, których interesom służy to pismo.

Dlaczego dopiero 8 czerwca '92, tj. po wybuchu afery lustracyjnej i obaleniu rządu Jana Olszewskiego, Lech Wałęsa pofatygował się do MSW, by zapoznać się ze swoją teczką?(16) Czyż w interesie bezpieczeństwa państwa nie należało zrobić tego jak najprędzej po objęciu prezydentury? Kto, i jakiego rodzaju, zapewnienia ofiarował wcześniej Wałęsie, iż Prezydent nie uznał za wskazane zajęcie się tą sprawą przed wybuchem afery z teczkami?!

A jak interpretować dziwny, upubliczniony sposób uruchomienia przez Belweder sprawy agenta „Zapalniczka”? Gdyby Prezydentowi naprawdę chodziło o bezpieczeństwo państwa, to sprawa ta powinna zostać podjęta w normalnym trybie kontrwywiadowczym: bez rozgłosu, skutecznie, bez sterowanych przecieków (których celem było oskarżenie Zdzisława Najdera). Jak dotąd, żaden rezultat kontrwywiadowczy nie został uzyskany, są tylko pewne rezultaty propagandowe. Być może tylko o nie chodziło. Na przykład Michnik reaguje na sprawę „Zapalniczki” histerycznym komentarzem, mającym na celu kompromitację samej idei lustracji.(17) Dlaczego z podjęciem tej sprawy Belweder zwlekał aż do wybuchu afery z listą Macierewicza? Dałoby się - choć z trudem - znaleźć pewne racje państwowe przemawiające za szybkim odwołaniem rządu Jana Olszewskiego w sytuacji, jaka powstała po ujawnieniu owej listy. Jednak i sposób i moment nagłośnienia sprawy „Zapalniczki” wyraźnie przemawiają za tym, iż została ona „przez prezydenta i jego ludzi z premedytacją wyciągnięta, rozdmuchana i wykorzystana jako parawan dla wiele poważniejszych afer agenturalnych, zagrożonych rychłym ujawnieniem.”(18) Zupełnie niezależnie do tego, iż wersja samego Najdera jest zupełnie nieprzekonująca.(19) Mamy tu do czynienia z posunięciem Belwederu będącym dokładnie tym, co zarzucano - wcale nie jestem pewien, że słusznie - Macierewiczowi. Z wykorzystaniem akt operacyjnych służb specjalnych do gry politycznej o własne, a nie narodowe interesy. Niezależnie od tego czy w istocie była to cyniczna zagrywka polityczna, czy też reakcja na poziomie chłopca obrażonego na swych kolesiów - w stylu: wy mi tak, to ja wam tak - cała ta sytuacja bardzo źle świadczy o poziomie naszej prezydentury.

Nawiasem mówiąc, ciekawie kojarzy fakty Grzegorz Schreiber, poseł ZChN z bydgoskiego: „10 kwietnia 1990 r. Lech Wałęsa zapowiedział ubieganie się o urząd prezydenta. 13 kwietnia „Gazeta Wyborcza” dyskretnie poinformowała, że jej redaktor naczelny, poseł Adam Michnik przegląda „teczki z aktami obecnych liderów "S" zawierające materiały o ich działalności do grudnia 1988.” Wkrótce potem podczas wiecu w Pucku przewodniczący NSZZ "S" wypowiedział tzw. „wojnę na górze”. 1 czerwca 1990 w liście do Michnika Wałęsa stwierdził konieczność odwołania go z funkcji redaktora naczelnego oraz odebrania „Gazecie Wyborczej” znaku graficznego 'Solidarności'. Nikt nie mógł zrozumieć gwałtownych posunięć Lecha. Z równą determinacją zachowa się Wałęsa jeszcze raz, dokładnie w dwa lata później, podczas odwoływania rządu Olszewskiego.”(20)

W dniu 29 lipca '92 Wałęsa, w związku z przyjętym przez Senat projektem ustawy dekomunizacyjno-lustracyjnej, spotyka się z kierownictwem UOP. Według oficjalnego komunikatu Biura Prasowego Prezydenta stwierdza wtedy, iż „przeciwstawi się z całą mocą próbom dekompozycji Urzędu Ochrony Państwa. Ci funkcjonariusze, którzy przeszli - zgodnie z prawem - weryfikację latem 1990 roku, mogą pracować spokojnie i zgodnie z interesem państwa.”(21)

Czy to jeden z pomysłów na tworzenie partii prezydenckiej? A co będzie, jeśli w wyniku lustracji okaże się, iż w szeregu komisji prowadzących ową weryfikację znajdowali się TW, że zdarzało się, iż to agenci weryfikowali swoich oficerów prowadzących i że sytuacje takie wcale nie miały charakteru wyjątkowego?

Powiada się iż Wałęsa to stary lis, który „nigdy nikomu nie ufa”, że „uprawia politykę sam. I ten, kto twierdzi, że jest on pod wpływem doradców myli się. Jeśli nawet Wałęsa robi dokładnie to czego doradcy sobie życzą, to wcale nie znaczy, że nie wie, co robi. W pełni kontroluje swój pozorny stopień zależności. Nie ma sentymentu wobec nikogo. Do nikogo się też nie przyzwyczaja, wszystkich ludzi z politycznej branży traktuje pragmatycznie i beznamiętnie. Nie ma osób, z którymi nie może się rozstać, nie ma sojuszy, których nie może zawiązać lub zerwać.”(22) Jednakże nawet najbardziej szczwanego lisa może przechytrzyć kolektywny spryt instytucji, których rodowód i doświadczenie sięga czasów carskiej Ochrany. Kwestią czasu i nakładu środków jest uwikłanie człowieka w układ, w którym uzna, że mniejszym złem jest uczynienie tego, na czym zależy autorom manipulacji.

Wiele zdaje się wskazywać na to, iż prezydentura oznacza dla Wałęsy nowy rodzaj odpowiedzialności i nowy rodzaj stresów, z którymi sam nie bardzo potrafi sobie poradzić, tak emocjonalnie jak intelektualnie. Że po wymianie kolejnej j grupy doradców znalazł się jednak w sytuacji psychicznego uzależnienia.

Gry operacyjne mają nieskończenie szeroką gamę odcieni. Zbyt wiele wskazuje na to, iż Lech Wałęsa jest jakoś uwikłany w takie gry prowadzone przez komunistyczne służby specjalne lubi ich pozostałości, by znów zaciągać tu kurtynę milczenia. Czy istnieją nieznane jeszcze zobowiązania obecnego Prezydenta? Być może w swoim odczuciu Wałęsa stwierdził prawdę w liście do Edwarda Gierka, napisanym na pierwszych stronach egzemplarza książki „Droga nadziei” przekazanego b. I sekretarzowi: „Oświadczam Panu i zrobię to publicznie, jak będzie trzeba, iż nigdy nie byłem agentem i nigdy na nikogo nie donosiłem do SB. (...) to nie po raz pierwszy i nie ostatni rozegrałem partię pokera (...).”(23)

Jednakże można nikogo konkretnego nie zdradzić, a mimo to podejmować pod wpływem posunięć przeciwnika takie właśnie kroki jakie są jemu potrzebne. Można zagubić się i przestać racje kraju rozpoznawać. Można przestać służyć swojej sprawie...

Czy chronienie postkomunistycznej lewicy nie utrudnia procesu spontanicznego wyłaniania się w naszym życiu politycznym lewicy autentycznej? Takiej, która pozbawiłaby lewicę postkomunistyczną jej uprawomocnień? Przypomina się pytanie: dlaczego Jaruzelski tak łatwo zrzekł się prezydentury? I nasuwa się trudna do odparcia myśl: a może dlatego, iż w dalszym ciągu mamy do czynienia z jakimiś postaciami operacyjnej kontroli nad Wałęsą? A może dlatego, iż to prezydentura Wałęsy ma pełnić - i wygląda na to, że niestety pełni - rolę politycznego parasola nad starą nomenklaturą, jakim wcześniej była prezydentura Jaruzelskiego.(24)

Przypisy:

(1) Jan Olszewski, Przerwana premiera. Z Janem Olszewskim rozmawiają Radosław Januszewski, Jerzy Kłosiński, Jan Strękowski, Warszawa 1992, Nakładem Tygodnika Solidarność, s. 82.

(2) Cyt. za: J. Olszewski. Przerwana premiera, s. 26.

(3) W. Jaruzelski, Stan wojenny, s. 75.

(4) Wałęsa, Droga nadziei, Kraków 1990, Wydawnictwo Znak, s. 218.

(5) W ogóle Wałęsa w różnych okresach odbył szereg tajnych (niekiedy nie tylko dla szerszej opinii publicznej, lecz też i dla kierownictwa "S") spottkań z przedstawicielami władz. Niektóre z nich są już dziś znane - warto, by historycy zajęli się tym wątkiem bliżej. Na przykład Rakowski mówi o rozmowie Kiszczaka z Wałęsą w Arłamowie 9 listopada '82 (Jak to się siało, s. 43). Przejrzenie „Dróg!” Wałęsy pod katem faktów tam nieobecnych mogłoby prowadzić do ciekawych rezultatów.

(6) J. Kurski, wódz, s. 91.

(7) J. Kurski, wódz, s. 93.

(8) Na wątpliwą rolę Wachowskiego wskazał przekonująco już głośny tekst Jarosława Kurskiego, Wódz - przedostatni rozdział (GW, nr 95,25.04.92, s.8-13). Książka Pawła Rabieja i Ingi Rosińskiej, Kim pan jest Panie Wachowski tylko potwierdza obawy. Wśród wstrząsających i dających wiele do myślenia informacji dotyczących Wachowskiego i Wałęsy (w wielu przypadkach mających wprawdzie charakter poszlak - jednak na tyle poważnych, iż powinny one budzić najwyższy niepokój i cała sprawa powinna zostać poddana sprawdzeniu przez jakąś niezależną komisję) podanych w tekście Kurskiego, zwróćmy uwagę tylko na jedną: „Wachowski utrzymywał go [Wałęsę] ciągle na właściwym poziomie podenerwowania. Przyjmował zlecenia na wyzwalanie w nim napięcia. Wszyscy wiedzieli, że wtedy Lech jest najlepszy” (komentarz Kurskiego, s.13). Rzecz zdaje się wyglądać tak, jak gdyby ktoś wspomagał (prowadził?) Wachowskiego, ułatwiając mu sterowanie Wałęsą za pomocą opracowanego przez ekspertów profilu osobowości tego ostatniego.

(9) JK, OnP, nr 11/12, s. 28.

(10) Redakcja, Wybory - rząd - przyszłość, OnP, nr 11/12, 1991, s. 1.

(11) GP, 17-18.06.92, nr 142, s. 1.
(12) Z kim Pan Generał obecnie nawiązał nić wzajemnej sympatii?
(13) Informacje o karierze Zemkego podała GP (m 215, 15.09.89, s. 1-2) z okazji objęcia przezeń funkcji I sekretarza KW PZPR w Bydgoszczy.

(14) Trybuna, nr 146, wyd. 4, 24.06.92, s. 1,

(15) Marek Krzysztof Marcjański, Teczka Bolka, Glob 24, nr 2, 10-16.07.92, s .2.

(16) GG, nr 117, 09.06.92, s. 1.

(17) Bolek, Lolek i Zapalniczka, GW, nr 142, AR, 17-18.06.92, s. 1.

(18) Romuald Lazarowicz, Zerwać kurtynę, Tak, nr 31, 18.10.92, s. 2.

(19) Przy okazji zacytuję uwagę Stanisława Lema z lutego '92: „trzeci rząd z kolei, wyraźnie najmniej sprawny, najgorzej dobierający ludzi (p. Najderowi składam tu ukłon).” (Świat i Polska, Kultura (wydanie krajowe), nr 5, 1992, s. 16). Nasuwa się wiele pytań. Na przykład: czy i jaką rolę odegrał Najder w mianowaniu Andrzeja Olechowskiego ministrem finansów w rządzie Jana Olszewskiego?

(20) IKP, nr 129, 03-05.07.92, s. 6, „Dlaczego Olszewski musiał odejść?”

(21) Cyt. za (fed), GW, nr 178 A R, 30.07.92, s. 3.

(22) J. Kurski, Wódz, s. 117, 17.

(23) Wałęsa zrobił to w związku z wzmianką w „Przerwanej dekadzie” Gierka, iż Wałęsa był agentem SB już za czasów Kowalczyka jako ministra SW. Cytuję za notatką Opr. (P), Wałęsa do Gierka: To nie po raz pierwszy i nie ostatni rozegrałem partię pokera, Trybuna, 15.06.92, nr 139, wyd. 4, s. 1.

(24) Takie oskarżenia otwarcie formułuje m. in. J. Kaczyński.

Źródło:
Andrzej Zybertowicz, CZY SUBTELNE ODCIENIE GIER OPERACYJNYCH? w: W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomeklaturowy, Wydawnictwo ANTYK, Warszawa 1993, s. 57-64.