DLACZEGO UPADŁ KOMUNIZM?

Dlaczego upadł komunizm? Ilu zapytanych, tyle odpowiedzi. Ekonomista powie, że komunizm utracił moce rozwojowe, nie wytrzymał konkurencji z zachodnią gospodarką rynkową, przestał zaspokajać rosnące potrzeby i aspiracje społeczne. Amerykański republikanin ze szkoły Nixona będzie twierdził, że do upadku komunizmu doprowadziła polityka detente (odprężenia), która zmusiła kraje bloku wschodniego do podpisania w Helsinkach tzw. trzeciego koszyka, mówiącego o respektowaniu praw człowieka. Polityk z administracji Cartera odpowie, że komunizm upadł, gdyż Stany Zjednoczone uczyniły z praw człowieka swój sztandar ideowy. Zwolennik Reagana będzie argumentował, że komunizm załamał się w wyniku twardej konfrontacji polityki amerykańskiej z „imperium zła”.

Jednak obserwator z Watykanu ani przez chwilę nie będzie wątpił, że to papież Jan Paweł II zwyciężył komunizm - moralnie i politycznie. Bojownik afgański z Kabulu powie, że to afgańscy partyzanci zadali śmiertelny cios moskiewskiemu imperium. Wystarczy jednak pojechać do Moskwy i porozmawiać z rosyjskim demokratą, by nie mieć wątpliwości, że to pierestrojka Gorbaczowa zlikwidowała sowiecki komunizm.

Wszystko to prawda. Wszelako my, Polacy, wiemy, że początkiem końca komunizmu był wielki bunt robotniczy z Sierpnia ’80, zakończony podpisaniem porozumień, które otworzyły drogę do powstania związku zawodowego „Solidarność”. Związek, zepchnięty do podziemia i więzień, przetrwał stan wojenny i doprowadził do Okrągłego Stołu - negocjowanej zmiany ustroju. W tym ujęciu to elektryk Lech Wałęsa, lider „Solidarności”, i gen. Wojciech Jaruzelski wspólnie wynegocjowali demontaż komunistycznej dyktatury.

Jacek Kuroń - społecznik i polityk, wychowawca i animator różnorodnych form aktywności obywatelskiej - triumf i klęskę komunizmu opisuje przez pryzmat aktywności ruchów społecznych. Pisze: „Wspólnym celem współczesnych ruchów społecznych jest to, co jest powszechnym pragnieniem ludzi - stworzenie takiego świata-wspólnoty, który realizuje dążenia każdej jednostki. Systemy totalitarne są imitacją owego celu - pod maską świata-wspólnoty oferują nam scentralizowane zarządzanie życiem społecznym. Na tym właśnie polega siła totalizmów, stąd bierze się poparcie społeczne dla nich. (...) Totalitaryzm - jak wszystkie inne systemy społeczno-gospodarcze - doszedł do władzy dzięki ruchowi społecznemu i tylko w ten sposób można go było przezwyciężyć, by stworzyć nowy system”.

Biurokracje - sojusz czy konflikt

Interpretacja Kuronia bierze za punkt wyjścia trwały konflikt pomiędzy ruchami społecznymi a aparatami biurokratycznymi. Tu tkwi klucz do wizji ładu obywatelskiego, budowanego przez ruchy społeczne w opozycji do wszechwładnych aparatów biurokratycznych.

Jak każda koncepcja o ambicjach uniwersalnych także i ta ma swoje atuty i mankamenty. Atutem jest wyrazistość. Kuroń zwraca uwagę na istotny aspekt kryzysu demokracji proceduralnej, jakim jest zawłaszczenie życia publicznego - politycznego, społecznego, gospodarczego - przez aparaty partyjne, administracyjne, menedżerskie. W tym procesie człowiek przestaje być obywatelem, gdyż jest faktycznie ubezwłasnowolniony; staje się przedmiotem rządzonym i manipulowanym przez wszechwładne aparaty.

Jacek Kuroń ma rację przynajmniej w tym sensie, że pokazuje realną i złowrogą tendencję drążącą państwa demokratyczne. Istotnie, we współczesnym świecie coraz mniej decyzji podlega kontroli demokratycznie wybranych władz państwowych, gdyż państwo narodowe musi respektować rozwiązania, jakie przynosi globalizacja światowej gospodarki, polityki, kultury. W rezultacie poszerza się obszar absencji wyborczej i depolityzacji mas, trwa ucieczka w prywatność; obywatele, grupy zawodowe, społeczności lokalne mają poczucie narastającej bezsilności wobec wszechwładnych aparatów biurokratycznych.

Nie znaczy to jednak, bym uważał, że koncepcja Kuronia - choć płodna i inspirująca - pozwala zrozumieć wszystkie konflikty XX wieku. Czy rzeczywiście II wojnę światową da się opisać jako konflikt ruchów społecznych? I kto ją wygrał? Zdaniem Kuronia „ruchy wyzwoleńcze świata czuły się zwycięzcami”. Ale przecież zwycięzcami czuli się również przywódcy koalicji antyhitlerowskiej. Była bowiem II wojna konfliktem militarnym, rywalizacją ekonomiczną i radykalnym sporem projektu totalitarnego z projektem demokratycznym. Paradoksem tej wojny była koalicja Churchill - Roosevelt - Stalin. Brytyjski torys, amerykański reformator, twórca New Dealu, i sowiecki dyktator wspólnie stanęli przeciw nazizmowi.

Zwycięstwo koalicji antyhitlerowskiej było zarazem jej końcem. Kuroń trafnie pisze o jałtańskim podziale świata. Ale przecież temu podziałowi od początku towarzyszył permanentny konflikt - taki był sens zimnej wojny.

Kuroń skłonny jest raczej podkreślać fakt współpracy aparatów biurokratycznych państw kapitalistycznych i Związku Sowieckiego. To prawda, amerykańscy czy brytyjscy politycy, podobnie jak sowieccy dyktatorzy, bali się procesów rewolucyjnych wymierzonych w ich panowanie. Jeśli historię XX stulecia opisywać z punktu widzenia rewolucjonistów - od Trockiego, poprzez Che Guevarę, po buntowników paryskiego maja .’68 - to rzeczywiście - biurokracja sowiecka i kapitalistyczne aparaty władzy tworzyły wspólny front antyrewolucyjny, nowe Święte Przymierze.

Jednak ta wspólnota była czysto okazjonalna. Zimna wojna była konfliktem imperiów, lecz także konfliktem wartości i projektów przyszłości. Ryzyko wolności stanęło przeciw bezpieczeństwu zniewolenia, logika rynku przeciw logice państwowej gospodarki planowej.

Prawdą jest, że amerykańscy biznesmeni i sowieccy aparatczycy przeciwni byli rewolucyjnej emancypacji świata pracy i projektowi nowego ładu obywatelskiego, opartego na wywłaszczeniu posiadaczy i władzy rad robotniczych. Podobnie jedni i drudzy byli przeciw legalizacji handlu narkotykami. Tylko co z tego miałoby wynikać?

Koniec pewnej utopii

Obaj z Jackiem Kuroniem wywodzimy się z formacji, która budowała swą antytotalitarną tożsamość na wizji państwa, w którym robotnicy przejmują fabryki i władają nimi poprzez demokratycznie wybierane rady robotnicze. Drogę do tego ideału pojmowaliśmy jako marsz od własności upaństwowionej ku uspołecznieniu. Projekt ów łączył radykalną krytykę totalitarnej dyktatury z krytyką demokracji parlamentarnej. Tę ostatnią skłonni byliśmy uważać za czysto formalną, proceduralną, a przez to - fikcyjną. Od kronsztadzkiego buntu w 1921 r., poprzez doświadczenie jesieni 1956 r. w Warszawie i Budapeszcie, koncepcje Oskara Langego i Włodzimierza Brusa, aż po projekt Samorządnej Rzeczypospolitej przedstawiony na I Zjeździe „Solidarności” (jesień ’81) przewijała się idea demokracji robotniczej opartej na władzy samorządu pracowniczego. Był to swego rodzaju projekt „trzeciej drogi” - przeciw komunistycznej dyktaturze, w której widzieliśmy zaprzeczenie ludowładztwa, ale też przeciw kapitalistycznej gospodarce rynkowej, ufundowanej na wyzysku.

Sam wielokrotnie broniłem tego projektu. Dziś sądzę, że idea władzy rad robotniczych i centralnego planowania to fałszywe odpowiedzi na prawdziwe pytania i autentyczne potrzeby. Ów model nie sprawdził się nigdy i nigdzie; nie sprawdza się również dziś w otoczeniu gospodarki rynkowej, w świecie postępującej globalizacji.

Na naszych oczach projekt robotniczego ludowładztwa przegrał w 1956 r. w Polsce i na Węgrzech, w 1968 r. w Czechosłowacji, w 1989 r. - wszędzie. Czy przegrał tylko dlatego, że miał przeciw sobie wszechpotężne sowieckie czołgi? Myślę, że także dlatego, iż był złudzeniem. Gdyby zwyciężyła partia, która te idee wypisała na swoich sztandarach, to próba realizacji władzy rad robotniczych doprowadziłaby do chaosu i wojny domowej. Władza mogłaby się obronić tylko metodami znanymi z przeszłości, czyli antydemokratyczną przemocą.

W tym miejscu chcę przypomnieć Kuroniowi pamiętne słowa Fryderyka Engelsa: „Dla wodza skrajnej partii nie ma nic gorszego jak mus objęcia rządów w epoce, kiedy ruch nie dojrzał jeszcze do panowania klasy, którą on reprezentuje, i do przeprowadzania zarządzeń, których panowanie tej klasy wymaga. (...) Z konieczności staje on wobec nie dającego się rozwiązać dylematu: to, co zrobić może, sprzeciwia się całemu jego dotychczasowemu postępowaniu, jego zasadom i bezpośrednim interesom jego partii; to zaś, co zrobić powinien - nie daje się urzeczywistnić. Słowem, zmuszony on jest reprezentować nie swoją partię, nie swoją klasę, lecz klasę, do której panowania ruch w danej chwili dojrzał. W interesie samego ruchu musi bronić interesów obcej klasy i zbywać własną swą klasę frazesami i obietnicami, zapewniając ją, że interesy owej obcej klasy są jej własnymi interesami. Kto znajdzie się w takim fałszywym położeniu, jest bezpowrotnie zgubiony”.

Socjalizm i wolność

W 1956 r. Władysław Gomułka stał się w Polsce bohaterem narodowym. Był symbolem końca terroru stalinowskiego i końca przymusowej kolektywizacji, symbolem rozluźnionej cenzury, uchylonych granic, momentu historycznego, w którym prymas Wyszyński powrócił do swej rezydencji w Warszawie, a sowieccy generałowie wyjechali z Warszawy do Moskwy.

Kuroń ma rację, gdy pisze, że Gomułka zablokował proces rewolucyjny w Polsce. Ma również rację, gdy zwraca uwagę na wewnętrzne zróżnicowanie, które nastąpiło w tym czasie w partii komunistycznej. Nie przedstawia jednak mocnych argumentów, iż była wtedy możliwa alternatywa w postaci władzy kształtujących się rad robotniczych.

Również ocena 1968 r. wydaje się dyskusyjna. Zdaniem Kuronia „ruch społeczny studentów i inteligencji zablokował próbę nacjonalistycznej i antysemickiej przebudowy w aparacie władzy”. Bez wątpienia ruch studencki był ruchem wolnościowym. Czy jednak próbę „nacjonalistycznej i antysemickiej przebudowy w aparacie władzy” można nazwać „antykomunistyczną”? Czy nie był to raczej zwrot części aparatu PZPR ku hasłom komunizmu nacjonalistycznego? Czy zwolennicy gen. Moczara nie byli polską zapowiedzią fenomenu CeausÎescu, Castro czy Miloszevicia? Z pewnością bunt pokoleniowy w aparacie partyjnym zwracał się przeciwko działaczom przedwojennej Komunistycznej Partii Polski. Nie był to jednak antykomunizm, tak jak antykomunistą nie jest dziś Ziuganow. Był to raczej komunizm nowej generacji.

Pisze Kuroń, że w 1968 r. studenci byli za socjalizmem. Cóż to jednak oznacza? Tylko tyle, że nie walczyli o kapitalizm, prywatyzację i rynek, lecz po prostu o wolność.

W tym kontekście analiza następnego etapu, który symbolizują nazwiska Gierka i Kadara, winna wziąć za punkt wyjścia - słusznie zauważa Kuroń - poszukiwanie przez rządzącą nomenklaturę nowych instrumentów racjonalności gospodarczej, także w świecie zachodnich kredytodawców. Tym samym jednak nomenklatura komunistyczna, zwłaszcza w Polsce, stała się bardziej wrażliwa na nacisk świata zachodniego. W tym sensie Akt Końcowy konferencji w Helsinkach (1975 r.) był kompromisem świata demokracji z dyktaturą - kompromisem na rzecz współpracy gospodarczej i poszerzania wolności obywatelskich. Świat zachodni włożył nogę w drzwi wschodnich dyktatur.

Komitet Obrony Robotników, a później NSZZ „Solidarność” były rodzajem odpowiedzi na nową sytuację. Wielomilionowy ruch „Solidarności” można określić jako konfederację na rzecz trzech emancypacji: świata pracy, obywatelskiej i narodowo-religijnej. Oceniając zwycięstwo „Solidarności”, zgodzę się z Jackiem Kuroniem, że najbardziej wątpliwy był sukces związku w walce o wyzwolenie świata pracy. Polska jest dziś państwem demokratycznym, respektującym swobody obywatelskie. Jest państwem suwerennym, które swobodnie kształtuje swe życie narodowe i religijne. Czy jednak dziś, w warunkach gospodarki rynkowej i prywatyzacji, można mówić o wyzwoleniu świata pracy?

Przypuszczam, że większość ludzi pracy odpowie na to pytanie negatywnie. Z drugiej jednak strony należałoby zapytać: czy w ogóle takie wyzwolenie było możliwe i na czym by miało polegać?

Granice analogii

Czy „Solidarność”, a wcześniej KOR były formacjami, które dadzą się zamknąć w schemacie: prawica - lewica? Czy były głosem rewolucji bądź kontrrewolucji? Czy reprezentowały jakiś rodzaj populizmu? A może raczej mieszczą się w sporze: społeczeństwo otwarte przeciw społeczeństwu zamkniętemu?

Mam świadomość, że ten podział jest równie arbitralny jak zaproponowany przez Kuronia: ruchy masowe - aparat biurokratyczny. Oba podziały mają jednak ze sobą coś wspólnego, choć zarazem zdecydowanie się różnią. Kluczem mojego rozumowania jest radykalne odrzucenie utopii społeczeństwa doskonałego i samorządnego, bez prywatnej własności i bez nierówności. Co nie znaczy, bym twierdził, że krytyka gospodarki kapitalistycznej, wyrastająca z ducha socjalizmu, przestała być we wszystkim aktualna.

„Ruch społeczny” - powiada Kuroń - stawia sobie za cel stworzenie „takiego świata-wspólnoty, który realizuje dążenia każdej jednostki”. Rzecz w tym, że jest to cel wszystkich ruchów masowych: religijnych i narodowych, socjalistycznych i komunistycznych, ekologicznych i feministycznych.

Jednak ruchy totalitarne mają swoje znaki szczególne - kłamstwo i przemoc są dla nich stałą metodą realizowania wartości. Dlatego nie mogę się zgodzić na banalizowanie różnic pomiędzy aparatem biurokratycznym w krajach zachodniej demokracji a biurokracją komunistycznego państwa. Różnica polega na tym, że w jednych krajach obywatele mogą zmieniać władzę na drodze wolnych wyborów, w jednych krajach respektuje się prawa człowieka - w innych nie. Jeśli ktoś porównuje tylko procedury i techniki działania aparatów biurokratycznych, to tak, jakby porównywał przepisy ruchu drogowego w Stanach Zjednoczonych i w komunistycznej Korei. Owszem, przepisy są podobne, ale tu kończą się wszelkie analogie.

Nie oznacza to jednak, bym banalizował różnice w ruchu komunistycznym. Różne drogi wiodły ludzi do komunizmu i różne były drogi odchodzenia. Droga serbska (Miloszević) czy rosyjska (Ziuganow) to komunizm przekształcony w wielkoserbski czy wielkorosyjski nacjonalizm. Droga czeska czy wschodnioniemiecka to komunizm przekształcony w agresywny, windykacyjny populizm. Droga polska, litewska czy węgierska to komunizm przekształcony w pragmatyzm rynkowej gospodarki i parlamentarnej demokracji.

Dlaczego wygrał rynek?

Dopiero w tym kontekście wolno pytać, czy polska transformacja poniosła klęskę. Powiada Jacek Kuroń: „Gdybyśmy my, działacze dawnej >>Solidarności<<, potrafili na progu niepodległości zainicjować ruch samorządności pracowniczej i szeroki społeczny ruch transformacji własnościowej, wówczas mielibyśmy szansę nie dopuścić do uwłaszczenia biurokracji. (...) Nie musiało to bynajmniej prowadzić do spadku wydajności pracy, a mogło się nawet przyczynić do jej wzrostu. Niestety, nie umieliśmy tego zrobić. Negocjacje nad >>Paktem o przedsiębiorstwie<< rozpoczęliśmy zbyt późno i zbyt nieśmiało. Co gorsza, pozwoliliśmy starej i nowej biurokracji, by podczas głosowań w parlamencie usunęła z Paktu najważniejszy element - reprezentację załóg w radach nadzorczych przedsiębiorstw. W rezultacie wspólnymi siłami budowaliśmy nie ład obywatelski, lecz biurokratyczny na modłę kapitalistyczno-quasi-demokratyczną. To my, politycy, ponosimy zatem odpowiedzialność za wszechobecną dziś korupcję, niesprawiedliwe stosunki społeczne i rozkład życia politycznego”.

W żadnym razie nie mogę podzielić tej diagnozy i tej konkluzji. Uwłaszczenie nomenklatury, a także nowej biurokracji, jest faktem z pewnością mało estetycznym, ale chyba nieuchronnym w procesie tak radykalnej transformacji. Nie myślę, by była to zbyt wysoka cena za rozbrojenie sił „starego porządku” i wpisanie ich w system demokracji parlamentarnej i gospodarki rynkowej.

Czy istotnie zbudowaliśmy biurokratyczny, quasi-demokratyczny system niesprawiedliwości i wszechobecnej korupcji? Nie podzielam tego poglądu. Zbudowaliśmy - wciąż budujemy - system demokratyczny z jego wszystkimi niedoskonałościami. Nieusuwalnym składnikiem takiego systemu muszą być instytucje społeczeństwa obywatelskiego, także związki zawodowe. Czy jednak samorządność pracownicza jest dzisiaj - może być dzisiaj? - czymś więcej niż iluzją rozumu szukającego nadziei na sprawiedliwość?

Pytanie o granice samorządności prowadzi wprost do pytania o własność. Popularność idei samorządowej w epoce „Solidarności” brała się z przekonania, że tą drogą można ograniczyć wszechwładzę komunistycznej nomenklatury. Podstawowym gwarantem samorządności przedsiębiorstwa miało być prawo załogi do wybierania dyrekcji. Rzecz w tym, że wymagało to całkowitego przeformułowania praw własności tejże załogi.

Doświadczenie powiada, że kolektywna własność nie skłania do myślenia długookresowego. Przeciwnie, z reguły prowadzi do przekładania konsumpcji bieżących zysków ponad inwestycje i modernizację. Czy zatem przedsiębiorstwo samorządowe potrafi się obronić w warunkach rynkowej konkurencji? Czy na początku lat 90. Polskę stać było na tak ryzykowne eksperymenty gospodarcze i społeczne?

Z pewnością idea samorządności pracowniczej jest odpowiedzią na wielką potrzebę ludzką - godności pracy i godności człowieka. Nie jest jednak przypadkiem, że ruch samorządności pracowniczej po 1989 r. okazał się słaby i rachityczny. Ale może w tym momencie historycznym musiał być tak słaby? I może przegrał dlatego, że musiał przegrać, gdyż warunki zewnętrzne wymuszały szokową terapię i filozofię zaciskania pasa?

I wreszcie: kto wybrał tę drogę? Czy był to spisek elit solidarnościowych, które zdradziły świat pracy? Ależ nie, tę drogę wybrało w kolejnych wyborach głosujące społeczeństwo polskie. Dlatego zastanawiam się: a może do obywatelskiego ładu demokratycznego prowadzi dziś inna droga niż odrodzenie idei władzy rad robotniczych?

Kuroń zarzuca posłom, że nie przyjęli ustawy stanowiącej istotny fragment „Paktu o przedsiębiorstwie”, gwarantującej reprezentacji pracowników miejsca w radach nadzorczych przedsiębiorstw. W toku negocjacji nad Paktem jego zwolennicy argumentowali, że podobne rozwiązanie obowiązuje w dużych firmach niemieckich. Jestem skłonny się zgodzić, że przyznanie pracownikom puli miejsc w radach nadzorczych pozwoliłoby nam uniknąć pewnej liczby konfliktów i strajków. Nie zmienia to jednak istoty problemu. Nikt przecież nie będzie twierdził, że w niemieckich kopalniach czy stalowniach rządzą samorządy pracownicze.

Konserwatysta powie, że wyzwolenie pracy to ułuda. Liberał doda, że z ekonomicznego punktu widzenia idea ta nie ma sensu. Zdeklarowany socjalista będzie zdania, że to jedyna droga do sprawiedliwości i wyzwolenia świata pracy. A cóż powie na ten temat konserwatywno-liberalny socjalista, którego postać stworzył przed laty Leszek Kołakowski? Powie zapewne, że pełne wyzwolenie pracy jest mrzonką; powie też, że dzisiaj idea ta nie broni się w ramach gospodarki rynkowej, opartej na prywatnej własności. Ale dorzuci przecież, że ta idea odradza się w kolejnych epokach jak Feniks z popiołów. Co oznacza, że jest ona ludziom potrzebna, zaś o ludzkie potrzeby należy się troszczyć. Dlatego, mimo refleksji polemicznej, składam hołd intuicji Jacka Kuronia.

Źródło:
Adam Michnik, Jak powstaje realna demokracja, Gazeta Wyborcza nr 152 z dnia 1-2 lipca 2000, s. 20.